Śmierć na 12. PZU Półmaratonie Warszawskim. Czyli chodzi o coś więcej niż bieganie

W wiosennym półmaratonie przez ulice Warszawy przebiegło ponad 12 tysięcy biegaczy. Dużo, bo to jedna z największych tego typu imprez w Europie. Dużo, bo to znaczy, że jeśli wyłączymy dzieci i osoby chore, to 21 kilometrów przebiegł co setny mieszkaniec stolicy. Dużo, bo jeszcze nie tak dawno, frekwencja sięgała dwóch tysięcy zawodników. Dużo, bo przy tej skali imprezy trafi się grono ancymonów, którym chodzi nie tylko o bieganie. Ola (P – jak Przebieraniec) udawała, że jest aparatem fotograficznym. Druga Ola (Pora na Majora) ubrała się w kostium kąpielowy SuperWoman. Spartanie (chyba ze 100 osób!), jak zawsze, byli w pełnym rynsztunku bojowym. A ja byłem Śmiercią, w czarnym stroju z kosą. Wszyscy zbieraliśmy pieniądze na jakiś cel charytatywny. Ja – dla Fundacji Rak’n’roll.

Wystartowałem na samym końcu stawki. Jako Ponury Żniwiarz truchtałem mijając kolejne osoby i grupki. A biegacze przede mną uciekali. Jak w życiu. Dzięki ruchowi, bieganiu, oddalamy ten moment, w którym dogoni nas śmierć. Robimy coś ważnego dla swojego życia i zdrowia.

 

Rok temu biegłem w stroju więzienia (również zbierając dla Rak’n’rolla), żeby pokazać, że bieganie daje wolność. Tym razem miałem ciemny strój Śmierci i kosę. Biegacze żyją dłużej. A wspomagając różnego rodzaju fundacje, mogą innym pomóc uciec przed Śmiercią.

 

Dlatego mam prośbę. Jeśli widziałaś/widziałeś mnie na trasie i uśmiechnęłaś/uśmiechnąłeś się – wpłać piątaka na Rak’n’roll. Jeśli moja kosa Cię zmotywowała – wrzuć dychę. Do 5-go kwietnia można jeszcze wpłacać. Daj innym szansę uciec przed Śmiercią.

 

PS.
Zajrzyj też na Ocochodziwbiegu – Kamil, dziękuję!

Facebook Comments