Voldemort Coachingu, wywiad z Liroyem i wkurw trzy razy

Czytając facebookowe dyskusje na temat Mateusza Grzesiaka, miałem nieodparte wrażenie deja vu. Dawno dawno temu (a konkretnie w 1998 roku), w nieistniejącej już dziś Radiostacji, mój serdeczny kolega Marcin Chłopaś, prowadził wywiad z Liroyem. Nagranie od niemal od dwóch dekad krąży po sieci i w niektórych środowiskach ma miano kultowego. Rozmowy na żywo ze słuchaczami bardzo szybko przerodziły się w stek bluzgów z obu stron. Jedno z delikatniejszych pytań jakie tam padły brzmiało: „Czemu, ty fiucie, kojarzysz się z hip-hopem w Polsce?”.

 

Ostatnio Nadcoach i Ten Którego Imienia Wymawiać Nie Wolno ma słabą prasę. Kolejne serwisy wyciągają z przeszłości jego głupie wypowiedzi na forach internetowych. O leczeniu polipów siłą woli, o depresji. To grzeje w mainstreamowych mediach, ale od dawna są w sieci takie strony jak Diligito, które odsłaniają wiele niewygodnych – nazwijmy to kulisów działalności tego Pana. Sytuacja nie dotyczy zresztą tylko Wielkiego Inspiratora, ale i innych Kołczów, czy PUA (artystów podrywu). Zestawienie tych treści z ogromnymi obecnie zarobkami budzi emocje. Jakie? Niech każdy sobie odpowie sam. Ja mogę powiedzieć o moich – do tych mam dostęp.

 

Choć sam nie jestem coachem, mam ogromny szacunek do metody. Ale przede wszystkim do ludzi z branży, których znam osobiście (lub choćby przez Facebooka). Uwielbiam rozmowy, historie, które mogę wykorzystać w swoim życiu, czy na szkoleniach. Za coachingiem może stać ogromna siła i wiele osób to czuje. A ja czysto po ludzku czuję wkurw. Razy trzy.

 

Wkurw pierwszy: o czym my w ogóle mówimy?

Wkurwia mnie wożenie się na słowie „coaching” różnej maści kreatur. 21-letni playboy, który skłonił studentów SGH do dawania sobie po twarzy ma tyle wspólnego z coachingiem, co ja z baletem. Widziałem kilka razy w Teatrze Wielkim. Ale media, a za nimi tzw. zwykli ludzie potrzebują etykietki.

W Polsce słowo „coach” funkcjonuje jako synonim osoby pracującej w obszarze tzw. rozwoju osobistego. Określa się nim nie tylko coacha, ale też trenera pracującego z grupą, mówcy motywacyjnego, kaznodzieje z MLM-ów czy wreszcie wszelkiego rodzaju cwaniaków, którzy próbują przywłaszczyć sobie ten termin. I to jest właśnie…

 

Wkurw drugi: Okradają nas!

Właściwie Was – coachów. Choć i nas, klientów też. Nas z zaufania, was nawet nie z pieniędzy, a z marki. A to droższe od pieniędzy. Dlatego pełen jestem podziwu dla takich osób jak np. Artur Król, którzy rzeczowo demaskują wszelkie patologie. Albo Adam Gieniusz, który dla mnie jest busolą etycznego podejścia. Wkurwia mnie pasywne podejście – „dobry coaching sam się obroni”, „róbmy swoje i nie patrzmy na pseudo-coachów”. Gówno prawda! Dobry marketing i PR sam się obroni. Dobry produkt (abstrahując od tego, czy to coaching, czy cokolwiek innego) niekoniecznie. Dilujcie z tym. Zły pieniądz wyprze dobry – to Kopernik.

Voldemort Coachingu ma znakomity PR i wizerunek wśród przeciętnego Kowalskiego. Kołcz Majk ma swoją sektę wyznawców. Juliana (tego od bicia od twarzy) podziwiają jego rówieśnicy, bo zalicza laski. A przynajmniej tak potrafi się sprzedać. I to oni budują w społeczeństwie świadomość kim jest coach.

 

Wkurw trzeci: Nie ogarniamy życia w mediach społecznościowych

Patrząc trochę szerzej – żyjemy w bańce. Facebook i Google podsuwają nam przede wszystkim takie treści, jakie są dla nas atrakcyjne, w newsfeedzie algorytmy podsuwają nam przede wszystkim informacje od ludzi, którzy myślą podobnie jak my. Nie jest przypadkiem, że rozwój mediów społecznościowych zbiegł się w czasie z bardzo mocną polaryzacją postaw w społeczeństwach, które mocno korzystają z komunikowania się przez sieć. Na podstawie zawężonych wyrabiamy sobie opinie.

Oczywiście, każdy powie, że akurat on dociera do źródła, waży argumenty i dopiero po długich rozważaniach podejmuje własne decyzje. Tak samo, ludzie zapytani, czy działa na nich reklama – odpowiedzą, że na wszystkich wokół tak, ale nie na mnie. Ja wolę mieć świadomość, że tak naprawdę mało wiem i działam często „na skróty”.

Dopiero uczymy się funkcjonować w społeczności jaką jest np. Facebook. Nawet jeśli pilnie odrabiamy lekcje, to jeszcze wiele czasu upłynie, zanim ogarniemy mechanizmy, które sprawiają, że komunikujemy się w świecie „z filtrem”, a przede wszystkim, co to z robi z naszymi emocjami.

Wczoraj wrzuciłem na facebookową grupę branżową głupawą ankietę – „Kto najbardziej szkodzi opinii o coachingu” podając trzy nazwiska. Kiedy ją publikowałem, nie myślałem w kategoriach „po co?”, ani, nie zakładałem, że napiszę ten tekst. Powstał on kosztem czasu, który musiałem urwać z innych działań, ale uważam, że jest powód jest ważny. Już po wszystkim zadałem sobie sprwę, że ankieta pod pewnymi względami przypominała eksperyment pseudo-coacha z SGH. Skłaniała by dać komuś w mordę. Można było wybrać komu, a nawet dopisać własne propozycje. Cztery osoby wskazały nawet na mnie – co mnie paradoksalnie cieszy, bo to zdrowy objaw.

Kilka osób zareagowało oburzeniem i potrafiło wyjść z tego „łańcuszka” mówiąc wprost, że je ta ankieta zniesmaczyła. Ale grubo ponad 100 oddało w niej swe głosy. Zdecydowanie najwięcej zebrał Mateusz Grzesiak. Rzuciliśmy się na łatwy do hejtowania cel. Szczególnie w bańce, w której żyjemy. Tymczasem na zewnątrz…

 

Karol Strasburger już rzucił jakimś sucharem o mężu i żonie. Zaprosił do pulpitu głowy dwóch rodzin. Kurtuazyjnie spytał czym się zajmują na co dzień (Halina jest księgową w rodzinnej firmie, a Robert zawodowym żołnierzem), przypomniał zasady Familiady i zaczął:

– Wymień jakiegoś coacha…

Nim zdążył dokończyć wypowiadać ostatnie słowo, usłyszał dwa uderzenia ręki o pulpit i jedno piknięcie. Po chwili rozradowana Halina rzuciła nazwisko, które znała z telewizji śniadaniowej.

– Brawo! To jest najwyżej punktowana odpowiedź!

 

Post scriptum.
Napisała do mnie dziewczyna, która wyniki tej ankiety chce wykorzystać w swojej pracy dyplomowej dotyczącej wizerunku coachów.

Facebook Comments