Święto Wiosny, czyli #warsawhalf

6558

Każda pora roku ma swój zapach. Lato pachnie ozonem. Przełom października i listopada to dla mnie zapach koksu, którym ludzie zaczynają palić w piecach. W połowie marca czuję wilgoć, którą ziemia oddaje po zimie. Dla mnie to zapach Półmaratonu Warszawskiego. Znak, że przyszła wiosna.

Nie ma drugiego biegu, w którym bym startował równie często. Ósmy raz pokonałem warszawską połówkę. Od 2008 roku regularnie staję na jej starcie. Przeżyłem na jej trasach euforię, ból, radość, ale i rozczarowanie. Pamiętam ten bieg rozgrywany w aurze niemal letniej, wiosennej, a nawet zimowej. Ale bez względu na pogodę jest dla mnie stałym punktem kalendarza treningowego, początkiem wiosennego sezonu. Nie zawsze był sprawdzianem, ale zawsze był nowym otwarciem.

Kiedy zaczynałem biegać, Półmaraton Warszawski startował z Traktu Królewskiego. Przy 2200 biegaczach można było sobie na to pozwolić. Impreza rosła i trzeba było przenieść się na arterie o większej przepustowości. Organizatorzy poszli z duchem czasu, znakomicie wykorzystali Stadion Narodowy i Most Poniatowskiego do organizacji zarówno połówki, jak i całego maratonu. Tegoroczny pożar Mostu Łazienkowskiego zaledwie na kilka tygodni przed startem wymusił zmianę planów. Nieoficjalnie wiem, że walka o zorganizowanie imprezy trwała niemal do ostatnich chwil. Trzeba było znaleźć nową trasę, na nowo zorganizować logistykę, zadowolić sponsorów i przede wszystkim nie zakorkować miasta. Wydawało się, że jest to zadanie niewykonalne, a jednak… Z każdym kilometrem biegu rosło moje zdziwienie – jak mało uciążliwa może być impreza tej skali. Tramwaje jeździły, wyłączone było zaledwie kilka ulic. Jak na zawody dla prawie 13000 biegaczy – utrudnienia były naprawdę niewielkie.

Impreza wróciła do ścisłego centrum. To wspaniała wiadomość. Z zachwytem patrzyłem jak po biegu uczestnicy oraz kibice wylewają się na uliczki wokół Placu Piłsudskiego, zajmują każde wolne miejsce w pobliskich knajpkach i cieszą się swymi sukcesami. Miasto odzyskało święto. Nikt nie uciekał na pociąg, nikt nie gubił się w labiryncie garaży i korytarzy. Przestrzeń zachęcała, by zostać i dzielić się radością. Zachęcała, aby korzystać z uroków miasta tak, jak powinno się to robić. Czuć było wspólnotę w radości. Dziękuję ci, anonimowy podpalaczu Mostu Łazienkowskiego.

Facebook Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook