Kaznodzieje, czyli tekst z pogranicza biegania, weganizmu i innych religii

cat-408696_1280
(c) Pixabay

Dałem sobie trochę odpocząć od bloga. A Wam ode mnie. Kilka tygodni ciszy, gryzienia się w język, niedokończonych pomysłów. Kilka tygodni omijania biegów masowych (zaliczyłem tylko Bieg Chomiczówki) i zaszywania się w sobie. Łapanie dystansu.

Żyję w dziesiątkach światów. Biegacze, piłkarze, HR-owcy, matematycy, weganie, muzycy, PUP-owcy, narzędziowcy, dziennikarze… Mógłbym wymienić jeszcze wiele innych. Google+ zrobiłby mi piękne kręgi, ale kto używa Google+? Ale jednym z wiodących tematów tego bloga jest bieganie… No i może z rzadka jedzenie.

Kilkaset kilometrów przebiegłem tylko dla siebie. Bez facebooka, endomondo i innych narzędzi do utrwalania samozajebistości. Zjadłem ze dwieście posiłków oszczędzając sobie foodpornu. Dystans.

Po przebiegnięciu pierwszego maratonu świat wygląda trochę inaczej. Codzienność zostaje gdzieś dalej. Problemy stają się przez chwilę mniejsze, zmartwienia tracą na istotności. Ja po 40-tym kilometrze czuję, że żyję innym życiem. Na każdym kolejnym maratonie staram się wskrzesić to odklejenie. Dystans.

Byłem na warsztatach Blog Roku. W samym konkursie zatrzęsienie wegańskich blogów kulinarnych. Nie da się ich czytać. Są kalkami kalek. Gorsze są tylko blogi biegowe. Oba tematy łączy tani fanatyzm. Powiem Ci jak biegać, powiem Ci jak jeść.  Powiem Ci w czym biegać, jakich produktów nie używać w kuchni. Opowiem Ci jak fajnie biegało się kilometrówki. Fascynujące, kurwa. Dorzuć jeszcze mema, który pokaże jak zajebiście jest biegać w deszczu, mgle, śniegu, słońcu. Błeeeeeeee…

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Podczas studiów psychologicznych zdiagnozowaliśmy (przede wszystkim na sobie) „syndrom trzeciego roku”. Człowiek ma już na tyle dużo wiedzy, żeby swobodnie się nią posługiwać, a na tyle mało dystansu do siebie i świata, że stara się pouczać wszystkich wokół. Dopiero z czasem przychodzi ta mądrość, która każe nam milczeć, kiedy trzeba. Blogosfera i socialmedia każą nam krzyczeć cały czas. Status z walla znika w kilka minut, przywalony setką innych aktywności. Twitt często jeszcze szybciej. Wartościowa wypowiedź jest zrównana z niechlujnym albo głupim (a w każdym razie nieistotnym) statusem. Nad wszystkim góruje zaś przekaz zawierający zdjęcie kotka.

W swoim życiu potrzebuję treści. Sensu. Piękna. Chcę dotykać rzeczy ważnych, na nieważne nie mam czasu. Chcę czuć życie, a nie jego protezę. Chcę biegać, a nie wrzucać status, że biegam. Chcę jeść, a nie oglądać zdjęcia jedzenia. Chcę krzyczeć ze szczęścia, płakać z rozpaczy, a nie dawać czy dostawać lajki. Nie potrzebuję nawracania, nie potrzebuję biegowego, wegańskiego ani żadnego innego autoerotyzmu.

Facebook Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook