Piotr Barański jest aktorem teatru improwizowanego „Bez klepki”. Oprócz tego coachem, trenerem i copywriterem. Najbardziej lubi pracować w nurcie prowokatywnym. W wywiadzie opowiada o tym, w jaki sposób przenikają i napędzają się dwie dziedziny jego życia – coaching i aktorstwo. Wysłuchał: Tomasz Staśkiewicz.

 

W Polsce rośnie popularność teatru improwizowanego…

Improwizacja nadal jest w Polsce raczej niszą, niemniej coraz szybciej się rozwija. Poza Warszawą prężnie działa Gdańsk, Poznań, Wrocław – w każdym z tych miejsc jest co najmniej kilka teatralnych grup. A na świecie to Chicago i Nowy Jork są kolebkami improwizacji. W tym pierwszym mieście jest osiem teatrów improwizacyjnych – i rozumiem przez to konkretne miejsca, budynki. Niektóre z nich mają po kilka scen, na których przez cały tydzień odbywają się improwizowane spektakle.

 

Wiem, że byłeś ostatnio w Chicago.

Tak, drugi raz. W zeszłym roku zrobiłem w teatrze iO pięciotygodniowy intensywny kurs improwizacji, a w tym roku wróciłem na zaawansowany, tym razem dwutygodniowy.

 

Przelot, mieszkanie, sam kurs… Kiedy zwróci ci się ta inwestycja?

Mam nadzieję, że kiedyś tak, ale zupełnie nie patrzę na to pod kątem finansowym. Taki wyjazd to kilka rzeczy w jednym. Raz, że doświadczasz niezwykle ciekawych, rozwijających umiejętności improwizacyjne zajęć, jesteś w nowym miejscu przez długi czas, masz szansę się zaaklimatyzować, pozwiedzać, poznać miasto i okolice. Niezwykłe jest to, że jesteś wrzucony w doświadczenie. Przez cztery dni w tygodniu, po sześć godzin jesteś na intensywnych zajęciach. Lubię to określać jako zanurzenie w doświadczeniu.

 

A czego się nauczyłeś?

Przez pięć tygodni robisz to, co podczas klasycznego kursu, który trwa tam cały rok. Każdy tydzień jest poświęcony czemuś innemu. Od przedstawienia filozofii tego konkretnego teatru improwizowanego (iO Theater) na początku. W drugim tygodniu ćwiczymy sceny grupowe. W trzecim – sceny dwójkowe, które są solą, podstawą improwizacji, bo w czasie każdego spektaklu musi dojść do takiej sytuacji, że gramy w parach. Czwarty tydzień to zajęcie się formatem spektaklu improwizowanego zwanym Haroldem – to właśnie z tego formatu słynie ten chicagowski teatr. Piąty tydzień jest podsumowaniem umiejętności, ćwiczeniem innych formatów spektakli i przygotowaniem do finałowego, kończącego kurs przedstawienia.

 

Na czym polega Harold?

To schemat, który w największym skrócie polega na tym, że spektakl otwiera grupowa scena, w której bierze udział cały skład grupy – tu rodzi się temat główny przedstawienia. Potem następują trzy dwójkowe sceny, nie powiązane ze sobą fabularnie, za to zanurzone w temacie spektaklu. Później mamy znów grupowy przerywnik, w którym cały zespół w dość abstrakcyjny, metaforyczny sposób komentuje, to co do tej pory się zdarzyło, lub rozwija w jakiś sposób początkową inspirację. Następnie znowu mamy trzy sceny dwójkowe, które są inspirowane pierwszym tercetem scen. To absolutnie nie musi być kontynuacja fabularna pierwszych scen, natomiast może to być przedstawienie pewnych sytuacji, relacji, schematów, które się tam pojawiły w innym kontekście, przez innych bohaterów. Później czas na kolejny grupowy przerywnik, w który są zaangażowani wszyscy aktorzy. W trzeciej części łączymy w dynamiczny sposób wątki i bohaterów, którzy do tej pory pojawili się na scenie. I to jest często istne szaleństwo – ceny dwójkowe, trójkowe, wieloosobowe. Bardzo szybko to się odbywa. Spektakl kończy się grupowym zamknięciem, które stanowi swoistą klamrę i pointę przedstawienia.  Rzadko kiedy jednak ma to dokładnie taką właśnie strukturę – w trakcie trzeba przecież improwizować i może to wszystko pójść w rozmaite strony. Jak uczyli nas w iO Theater, Harold nie jest strukturą, której trzeba się ściśle trzymać. Ma raczej dawać poczucie bezpieczeństwa jeśli coś by miało pójść „nie tak” – cudzysłów zamierzony.

 

A co w improwizacji może pójść źle?

To nie jest tak, że w improwizacji jest coś złe, albo dobre. Coś najwyżej może być łatwiejsze, albo trudniejsze. I to podejście mi się bardzo podoba. Załóżmy, ze gramy jakąś scenę – ważne jest, by nie oceniać pomysłów, z którymi wychodzimy jako dobre lub nie. Raczej chodzi o podejście, sposoby, techniki, dzięki którym improwizuje się łatwiej.

 

Ale przecież może być taka sytuacja, że coś nie zarezonuje, ktoś nie wejdzie w konwencję…

Tak, ale każde takie zdarzenie może być prezentem. Jeżeli nie damy się wytrącić ze stanu, w którym akceptujemy wszystko, co się dzieje, to wszystko można wykorzystać dla dobra spektaklu. Można pójść w inną stronę, która okaże się śmieszna, ciekawa, inspirująca. Coś może nie pójść dobrze z powodów nieimprowizacyjnych, na przykład jeżeli ktoś przekracza granice drugiej osoby na scenie – na przykład jeśli chodzi o dotyk, bliskość. Z takiego ludzkiego powodu, że ktoś nie respektuje granic, nie jest wystarczająco uważny.  Ale to się na szczęście zdarza głównie u nowicjuszy.

 

A jakie są najważniejsze zasady improwizacji?

Po pierwsze uważne słuchanie drugiego człowieka. Po drugie – akceptacja tego, co się dzieje tu i teraz na scenie i pomysłów naszych partnerów. To nazywa się zasadą „Tak, i”. Akceptujemy ofertę, którą dostaliśmy na scenie i dodajemy coś od siebie. To „i” zastępuje „ale”. W ten sposób rozwijamy sytuację, popychamy fabułę do przodu, wyjaśniamy świat, który powstaje na oczach widzów. Trzecia zasada – brak oceniania, bo w improwizacji nie ma błędów. Są rzeczy, które można zrobić łatwiej albo trudniej. W improwizacji najważniejsza jest postawa improwizatora, stan w którym się znajduje, czyli umiejętność słuchania, odwagi na scenie i braku oceniania. Jeśli przestaniemy być tu i teraz i reagować na to, co się dzieje, to oddalamy się uwagą. Robi się słaby występ. Czwartą zasadą, równie ważną, co pozostałe, jest dobra zabawa. Robimy to dla przyjemności, by wspólnie celebrować radość tworzenia. Dzięki improwizacji wypracowuje się i wzmacnia uwagę na drugiego człowieka oraz akceptację tego, co się dzieje tu i teraz. Lubię myśleć o tym w ten sposób, że to nie są techniki, ale postawa, która później przenosi się na życie, kontakty z innymi ludźmi, relacje. I dlatego improwizacja jest przydatna na wielu innych polach, życiowych, ale także szkoleniowych i coachingowych.

 

Jak korzystasz z tego pracując jako coach?

Moim ulubionym stylem jest coaching prowokatywny. W tym nurcie improwizacja się bardzo przydaje. Bo znowu, nie chodzi o techniki, ale o postawę w tej pracy. A tego jest się najtrudniej nauczyć. Ktoś może myśleć, że nauczy się paru technik i będzie w tym nurcie działał. Nie o to chodzi. A tymczasem, tak jak w improwizacji, najważniejsze jest wypracowanie odpowiedniej postawy.

 

Jak byś opisał tą postawę?

Opiera się ona na trzech fundamentach. Po pierwsze ogromnej życzliwości dla drugiego człowieka. Po drugie – humor, którego używa w tej pracy obficie. Ale znowu, taki życzliwy, a nie złośliwy. Po trzecie – stawianie klientowi wyzwań. I w tym właśnie znakomicie przydaje się improwizacja, ponieważ istotą tych wyzwań jest wyolbrzymianie, przerysowanie zachowań, odczuć, sytuacji, schematów działania, pójście w absurd. Tu jak najbardziej przydają się umiejętności aktorskie i improwizatorskie, bo czasem trzeba podczas sesji wejść w rozmaite emocje i je pokazać. Coach prowokatywny, tak samo jak improwizator, pracuje bez planu, reaguje na to, co daje mu w trakcie sesji klient. Dla obu obszarów kluczowa jest elastyczna, spontaniczna reakcja. Dzięki improwizacji jestem lepszym coachem prowokatywnym, ale też dzięki coachingowi – jestem lepszym aktorem. Obcując z ludźmi, pracując z nimi ćwiczę w sobie improwizacyjne reakcje, akceptację oraz bycie tu i teraz.

 

Wyobraź sobie człowieka, który żyje w przysłowiowym Mordorze w pancerzu deadline’ów, targetów, KPI-ów. Ma wszystko zaplanowane. Jaką wartość dla takiego człowieka może wnieść improwizacja?

To, co teraz opisałeś, to jest pewna struktura działania, która daje bezpieczeństwo. Każdy działa według jakichś swoich schematów, a improwizacja pomaga się z nich wyrwać. Taka osoba może na przykład przyjść na przedstawienie, żeby się pośmiać, oderwać na chwilę od codzienności. My przecież właśnie po to gramy – żeby widzowie się świetnie bawili. Taki ktoś może też przyjść na warsztat improwizacyjny – tam jest w stanie doświadczyć siebie w spontanicznej sytuacji, w której tworzy coś bez przygotowania. I robi to nie sam, ale w grupie ludzi. To działanie tu i teraz, nastawione na współpracę, relacje i wspólną zabawę. Podczas takiego warsztatu można zobaczyć i przekroczyć swoje własne granice myślenia, odczuwania i funkcjonowania.

 

Ale to wymaga odwagi. Jak sobie ludzie na takich warsztatach radzą z lękiem?

Rzeczywiście, zwykle obawiają się tego, że nie wiedzą co zrobić, co powiedzieć, jak zareagować, co powiedzą inni… Improwizacja uczy jak wyłączyć tego oceniacza, którego mamy w głowie. On ocenia głównie nas samych. Ludzie boją się tego, czy to, co robią jest wystarczająco dobre. W improwizacji odpowiedzialność jest rozproszona, za każdym razem jest to współpraca. Wypowiadane przeze mnie zdanie na scenie jest na tyle dobre, na ile dobrze je wykorzysta mój partner. Nawet jeśli powiem coś teoretycznie głupiego, dziwnego, można zrobić z tego coś fantastycznego. W improwizacji uczymy się takiej postawy, żeby to sceniczny partner przede wszystkim błyszczał. Jeżeli ja staram się, by on wypadł jak najlepiej, a on dba w ten sam sposób o mnie, to dzieją się niesamowite kreatywne rzeczy.

 

Jakie to rzeczy?

W trakcie warsztatów improwizacyjnych okazuje się, że kiedy wyłącza się ocenianie, a włącza spontaniczność i radość wspólnego tworzenia, to człowiek sięga do zasobów, których na co dzień nie używa, używa rzadko lub na przykład wstydzi się wydobyć je na powierzchnię. Wtedy okazuje się, że można robić w życiu lub w pracy zupełnie inne rzeczy, reagować na rozmaite sytuacje inaczej (czytaj lepiej, adekwatniej, wszechstronniej). Doświadczamy tego, że możemy robić pewne rzeczy łatwiej, inaczej doświadczać rzeczywistość i dzięki temu znaleźć skuteczniejszą drogę działania. Ja sam tego bardzo często doświadczałem, ale też widziałem, że dla wielu osób to bardzo mocne, oczyszczające, czy wręcz terapeutyczne doświadczenie. Ludzie się otwierają, wychodzą ze swoich skorup, uwalniają swoje emocje, pokazują w sobie światło, które jest często zasłonięte bandażami lęków i strachów.

 

A co jeśli ktoś nie potrafi zrzucić tego gorsetu?

W życiu jest tak, że są ludzie, którym idzie to łatwiej i są tacy, którym sprawia to większą trudność, to naturalne. Jeśli jednak ktoś w to wejdzie, prędzej czy później zobaczy, jak bardzo jego życie i sposób funkcjonowania w świecie zmieniają się – na lepsze. Ludzie stają się bardziej uważni, elastyczni, spontaniczni i radośni. Polepszają relacje i kontakty z innymi ludźmi. Są bardziej zrelaksowani i spójni. Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy doświadczają improwizacji i mówią: „to nie dla mnie”. Ale to wcale nie znaczy, że coś jest z nimi nie tak. To wcale nie musi oznaczać, że ktoś ma jakieś problemy ze sobą. To jedna z najpiękniejszych rzeczy, których człowiek uczy się w improwizacji – braku oceniania drugiego człowieka. W świecie improwizacji spotyka się ludzi z różnych światów, z różnymi doświadczeniami, w różnym wieku. I trzeba umieć pracować z każdym. Improwizacja uczy słuchać, a nie tylko słyszeć człowieka, wejść z nim w głębszy kontakt, akceptować takiego, jakim jest – i to jest wspaniałe i pożyteczne.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Facebook Comments