Rafał Ferber pięć lat temu założył fanpage „Mordor na Domaniewskiej”. Kiedy go wymyślił – sam był orkiem w największym zagłębiu biurowym Warszawy. Sukces, który odniósł, pozwolił mu uciec ze świata korpo i założyć własną agencję social media, którą nazwał „Runaways”. W długim wywiadzie dzieli się głębokimi przemyśleniami, które pozwalają zrozumieć ducha „Mordoru”. Wysłuchał: Tomasz Staśkiewicz.

 

Jaki skarb ostatnio znalazłeś w Mordorze na Domaniewskiej?

Na przykład zdjęcie, które ostatnio sobie zapisałem – ogłoszenie o pracę „Specjalista do spraw Rozwoju Klientów”, czyli po prostu handlowiec. Człowiek, którego celem będzie dowiezienie wyniku, a nie rozwijanie klientów. Kiedy kierowałem działem sprzedażowym w instytucji finansowej, zwróciłem uwagę na mocną niespójność. Mieliśmy na wizytówkach napisane „Doradca”, ale nam nie płacili za doradzanie, ale po prostu za sprzedaż. Inny przykład, to ogłoszenie na stanowisko „Forward Manager”, czyli ktoś, kto będzie koordynował jakiś projekt.

 

Dlaczego więc nie po prostu Project Manager?

Być może jest jakaś głębsza logika za tym stanowiskiem, ale chodzi tak naprawdę o to, żeby zawoalować, żeby nazwa stanowiska nie mówiła o tym, co naprawdę robisz. Jesteś nagradzany od sprzedaży, a nie od tego jak rozwiniesz klienta.

 

Jakie jest najbrzydsze słowo w nowomowie korporacyjnej?

Dla mnie chyba „czelendżować”. Ale jest też „performować”, prawie jak perforacja jelita. Kiedyś dzwoniła do mnie pani z pewnej korporacji i chciała, żeby jej produkt promować na „Mordorze na Domaniewskiej”. Użyła takiej korpomowy, że zależy jej, żeby ta kampania performowała i żeby był pozytywny influence na target i konwersja leadów. Chciałem jej powiedzieć, że właśnie z takich ludzi się śmiejemy.

 

A oportunicja? Skancelować taski?

A czemu nie można powiedzieć – „odwołać”? Korpomowa, której ludzie tutaj używają jest niefajna. To brak higieny wobec języka polskiego. Ale jeżeli ktoś jedzie do domu i w rozmowie z rodzicami mówi o tym, że miał jakiś fakap, bo zawalił przyasygnowany task, to inni nie są w stanie tego zrozumieć. To nawet nie muszą być rodzice, ale ludzie z tego samego pokolenia, ale z innego kręgu. Ten język jest dodatkowym atrybutem oddzielającym, wskazuje, że jest się z tego, w domyśle, lepszego, świata.

 

To jest język, którym rozmawiają wtajemniczeni?

Coś w tym jest. Ja jestem ze sprzedaży i mnie zawsze uczono, żeby rozmawiać z moim klientem językiem, który on  rozumie. Czyli tak zwane dopasowanie. Jeśli przychodził do mnie klient i mówił, że coś, k*wa, chce, to ja mu mówiłem, że mu to, k*wa, dostarczę. Mógłbym się próbować promować i używać skomplikowanych słów, aby pokazać mu, że jestem lepszy, tylko wtedy bym nie osiągnął takiego celu jakim jest to, żeby mnie polubił. A ludzie lubią robić interesy z podobnymi do siebie. A korpomowa buduje dystans na zewnątrz. I poczucie wspólnoty wewnątrz. I tu się jej nie wypleni.

Dowartościowanie przez język?

Kiedyś była skóra, fura i komóra, a teraz robi się autopromocję przez język. Żyjemy w takich czasach, w których każdy na Facebooku pokazuje jaki jest fajny, jakie ma piękne ciało, jakie ciekawe rzeczy robi. Bo nikt nie widzi ile za sukcesami jest zarwanych nocy, napiętych relacji z rodziną i innych rzeczy, które są z tyłu. To taki sam przejaw potrzeby pokazywania się jako osoby atrakcyjniejszej niż się jest w rzeczywistości.

 

Jak bardzo taka korpomowa jest charakterystyczna dla Służewca Przemysłowego zwanego Mordorem?

W samej Warszawie takich Mordorów już jest kilka. Jest ten, jest zagłębie biurowe przy Rondzie Daszyńskiego, kolejne buduje się przy Dworcu Gdańskim. Ale zawsze podkreślam, że Mordor, to nie miejsce, to stan umysłu. Często małych firmach ludzie są bardziej dociskani i wykorzystywani niż w korporacjach. W korpo masz kijek i marchewkę, czyli wszystkie benefity, stabilność zatrudnienia. Gorzej jeżeli pracujesz w małym mieście w Polsce, w którym panuje bezrobocie i nie masz żadnych korzyści. Słyszysz tylko, że masz szczęście, że masz pracę. Jest kij, nie ma absolutnie żadnej marchewki. Nawet w ogłoszeniach ostatnio widziałem w sekcji „Co oferujemy?” – „Terminową wypłatę”.

 

Mnie to wyjątkowo wkurza.

Mnie też. Jeśli podpisujemy umowę, to się do czegoś dwie strony zobowiązują. na coś umawiamy. Ale wracając do Mordoru, byłem ostatnio w Kielcach i tam też jest Mordor, tyle że kielecki. Tutaj, na Służewcu, pracuje około 100 tysięcy ludzi. Fanpage „Mordor na Domaniewskiej” ma teraz około 130 tysięcy subskrybentów i od pięciu lat ciągle rośnie.

 

Jak na fanpage, to bardzo długo!

Czasem jestem zdziwiony, że tak długo utrzymujemy się na powierzchni. Kiedyś myślałem, że to będzie tak jak z innymi fanpage’ami, które wybuchają i przestają się rozwijać. Spodziewałem się, że będzie moda na „Mordor” przez rok, dwa. A on dalej przyrasta i liczba interakcji wciąż jest bardzo duża. Zobacz, co się dzieje z „Magazynem Porażka”. Bardzo mu kibicuję, bo realizuje podobną misję jak „Mordor”, obśmiewa ten blichtr i to nie tylko korporacji. Ich fanpage „eksplodował”,  ale teraz trochę się chyba zatrzymał i szuka formuły na siebie.

 

Wielu ludziom wydaje się, że prowadzenie fanpage’a to prosta sprawa.

A tak naprawdę wymaga to mnóstwa czasu. Tworząc „Mordor” pracowałem jeszcze na etacie, bo trudno jest się utrzymać z fanpage’a. Tymczasem to jest mnóstwo codziennej pracy. Był taki czas, że byłem zajęty projektem doradczym i jeździłem po Polsce, a w tym czasie „Mordorem” zajęła się moja dziewczyna. I ona powiedziała, że się nie spodziewała, że to tak dużo roboty. Trzeba zaplanować kontent, komentować, odpisywać ludziom…

 

Próbowałeś zarabiać sprzedając gadżety w sklepie na stronie?

Szczerze mówiąc – nie zażarło. Może zarobiłem w sumie na jakąś dobrą kolację z moją dziewczyną. Może, gdybym bardziej nad tym przysiadł, zrobił więcej koszulek na Cupsella czy Koszulkowo, to by lepiej zadziałało. Ale znam ludzi, którzy stworzyli wiele fajnych projektów i mają z tego tylko dodatkowy pieniądz. Z takiego sposobu monetyzacji trudno wyżyć. I często jest tak, że następuje hype na fanpage, założyciel widzi miliony monet, a w pewnym momencie przygasa, kiedy okazuje się, że to nie jest takie proste, a trzeba zanieść ratę kredytu do banku. I wtedy ludzie tracą motywację, żeby to dalej prowadzić

mordor na domaniewskiej

Ale tobie „Mordor” pomógł uciec z „Mordoru”…

Tak. Ostatnio robiłem prezentację na Czwartek Social Media. I uświadomiłem sobie, że przez niemal cały czas, kiedy go tworzyłem, gdzieś pracowałem. Na początku nie wiedziałem jak wycenić reklamę na fanpage’u. Klient mówił, że ja tylko wrzucam obrazek, że to żadna praca, ale teraz skupiam się na tym, jakie cele biznesowe realizuję. Przez pierwsze trzy lata miałem z tego tylko takie miłe strzały w budżecie. Ale w zeszłym roku zdecydowałem, że zdecydowanie idę na swoje. Policzyłem ile „Mordor” przyniósł średnio dochodu co miesiąc i zdecydowałem się założyć Runaways – agencję social media. „Mordor” jest naszym okrętem flagowym, dowodem, że umiemy. Ale poprzednie cztery lata, to była nauka, której nie każdemu może się chcieć wykonywać. Czasem miałem dość, bo zamiast iść z kolegami na piwo, planowałem treść na fanpage lub robiłem memy.

 

Trochę odczarowujesz pracę, o której wiele osób marzy. Niektórym wydaje się, że praca Social Media Ninja polega tylko na wrzucaniu obrazków…

Prowadzenie działalności w mediach społecznościowych wymaga znajomości rynku biznesowego. Ja swoim klientom tłumaczę, że jestem takim przekaźnikiem, tłumaczem tego, co chcesz zakomunikować swoim klientom, na ich język. Do tego trzeba mieć sporo takich umiejętności analitycznych, umieć wyciągać wnioski, umieć targetować przekaz. Mówić korzyściami. Social Media Ninja, to miks kogoś, kto ma podstawowe umiejętności graficzne, jest biegły w słowie, musi umieć analizować dane i wyciągać z nich wnioski. Teraz Facebook, to głównie analizowanie danych o użytkownikach. Zbiera o nas tyle informacji, że można się tym przerazić. A firmy mogą to wykorzystać.

Uciekłeś z korpo. Lubisz to, co teraz robisz?

Cieszę się, że mogę zarobić na swoje utrzymanie robiąc to, co kocham i być panem swojego życia.

 

Ale spośród tych 100 tysięcy ludzi, którzy tu pracują, przecież nie wszyscy chcą uciec!

Znam wiele osób, którym jest dobrze w tym Mordorze, bo się tu realizują, robią fajne projekty i się rozwijają. I jest masa ludzi, którzy się nie nadają na przedsiębiorców. Nasz system edukacji kształci pracowników. Nie ma w tym nic złego, bo bycie przedsiębiorcą w Polsce jest cholernie ciężkie. Dla wielu ludzi taka praca, pensja 4-5 tysięcy i to, że jeszcze dostaną etui na telefon z logo firmy, jest bardzo w porządku, czują się szczęśliwi. Każdy z nas jest stworzony do czegoś innego i ważne by odkryć, w której roli – pracownika czy przedsiębiorcy – czujesz się najlepiej.

 

A jaką traumę odreagowują ludzie, którzy obśmiewają obrazki na Mordorze?

To co ich wkurza. W każdej branży są żarciki branżowe. Ludzie obśmiewają swoją rzeczywistość – frustrację, stres, nadgodziny. To, że nie są przygotowani na pracę w takich warunkach. Kiedy przychodzisz, wydaje się, że wszystko jest ładnie, będziesz częścią fajnej organizacji, będziesz realizował fajne projekty. A potem siedzisz i klepiesz jakieś głupie Excele i odkrywasz, że twoja firma jednak nie jest fajna. Masz wpisane w stanowisku, że będziesz specjalistą do spraw rozwoju klienta, a kończysz jako van-seller i wciskasz komuś dwie dodatkowe sztuki, żeby wyrobić target. Dlatego ludzie muszą odreagować ten dysonans, który widać z zewnątrz – piękne biura, ciekawe projekty, fajne samochody, a czasami kiepskie warunki pracy, stres, permanentne nadgodziny.

 

A dlaczego ludzie się na to zgadzają?

Jest taka anegdotka o psie, który leży i skomle. Gdy ktoś pyta gospodarza dlaczego pies skomle, gospodarz  odpowiada, że zwierzę leży na gwoździu. Na pytanie, dlaczego się nie ruszy, skoro cierpi, gospodarz odpowiada: „widocznie nie boli go tak bardzo”.

Facebook Comments