Marzysz czasem, żeby zostawić to wszystko i przenieść się gdzieś daleko i pracować zdalnie? Justyna Broniecka miała odwagę spełnić swoje marzenia. Firmę w Polsce prowadzi mieszkając w Gambii w Afryce Zachodniej. Od rodzinnego Poznania dzieli ją prawie siedem tysięcy kilometrów. Jak się żyje i pracuje mieszkając na końcu świata opowiada w długiej rozmowie.

 

Co przeciętny Polak wie o Gambii?

Prawdopodobnie nie wie nawet, że taki kraj istnieje, więc nic. Jak jechałam pierwszy raz, też niewiele wiedziałam. Planowałam polecieć do Ghany, ale ze względu na liczne przesiadki i konieczność spędzenia trzech dni w podróży, zaczęłam szukać innych opcji. A że od listopada do kwietnia są bezpośrednie połączenia z Warszawy do Banjul, to wylądowałam w Gambii. Myślę, że to nie przypadek. Ja się uparłam na Afrykę w konkretnym terminie.

 

A czemu Afryka, czemu Gambia?

Już jako dziecko byłam zafascynowana Afryką, chciałam w niej mieszkać. Zanim się zdecydowałam na przeprowadzkę, byłam tu kilka razy po dwa-trzy tygodnie. Tu odpoczywam od europejskiego zgiełku. Choć Polska jest najbezpieczniejsza, to męczy mnie sytuacja polityczna w Europie. Tu jest bezpiecznie. Życie jest tańsze, mam 20 minut do oceanu, łatwo dotrzeć do atrakcyjnych miejsc. Mniejsze wymagania. Pracuję tyle samo, a nawet więcej, ale nie czuję, że biorę udział w wyścigu szczurów. Poza  tym przyjechałam tu zmęczona psychicznie, byłam właśnie po rozwodzie i potrzebowałam się oderwać od tej sytuacji.

 

Znam ludzi, którzy pracują z Tajlandii czy z Filipin, przeprowadzają się Bali. Ale Gambia???

Zanim się zdecydowałam, zwiedziłam chyba ze 30 krajów. I rzeczywiście, nie jest to wybór oczywisty. Dla wielu Europejczyków warunki tutaj byłyby nie do zaakceptowania. Jeśli ktoś był tylko na wakacjach w Egipcie, to mentalnie miałby duży problem, żeby żyć w Gambii. Ale ja wiedziałam czego się spodziewać.

Jedzenie w Gambii

Gambia, street-food

Czego więc można się spodziewać?

Mówię o tym miejscu pierdolnik. Jest czysto, ale tu nic do niczego nie pasuje. Pewnie dlatego, że tu niemal niczego nie ma. Wszyscy żyją jak chcą, kozy obok ludzi, ludzie obok kóz. Jest mnóstwo pyłu, nogi mam ciągle czarne, ale dawno się przestałam tym przejmować. Są ogromne problemy z prądem, codziennie jest wyłączany na kilka godzin. Tu gdzie mieszkam zamontowałam ostatnio solar, żeby być niezależną w takich chwilach. Kolejny kłopot to woda. Domy, w których mieszkają biali lub Hindusi mają zamontowane takie tanki, kilkusetlitrowe baniaki na wodę. Bo czasami nie ma jej po kilka dni. A ona do życia jest ważniejsza od prądu.

 

Ale przecież Gambia jest krajem rzecznym? Jak może brakować wody?

Rzeka jest słona. Tylko początek, po stronie senegalskiej jest słodki. Tutaj są przypływy, w rzece można spotkać nawet delfiny. Jest bardzo mocno rozlana, wygląda jak jedno wielkie płynące jezioro. Do oceanu wpływa bardzo szeroką deltą. Hoduje się tam krewetki i ostrygi. W rzece zresztą jest dużo ryb morskich. A tam, gdzie łączą się słone i słodkie wody powstają piękne lasy namorzynowe.

Gambia jest krajem rzecznym

Gambia jest krajem rzecznym

No dobrze, a co jeszcze tu jest trudnego do zaakceptowania?

Tak zwany gambian time. Kiedy kogoś spytasz, czy coś zrobił, zazwyczaj usłyszysz „soon” albo „on-the-way”. A to wcale nie znaczy, że zamierza to zrobić, na przykład wyjść z domu, w najbliższym czasie. Dlatego moje plany redukuję o 50 procent. Nigdy nie wiem, czy załatwienie sprawy będzie trwało trzy minuty, czy trzy godziny. Ostatnio wypłacałam pieniądze z mojego konta przez dwie godziny. Wszystko było robione ręcznie. Na przykład konta bankowe zakładane są w Wordzie.

 

W Wordzie???

Tak, to bardzo prosty system. Dostajesz kartkę z Worda z numerem konta i nie możesz jej zgubić, bo wtedy nie znajdą w systemie twojego rachunku i nie będziesz mieć dostępu do pieniędzy. Zaraz po wyjściu zrobiłam zdjęcie, bo na pewno ją zgubię.

 

Jak bardzo frustrujące jest to, co z punktu widzenia Europejczyka nazywamy niską efektywnością?

Na początku było mi bardzo trudno z gambian time. Ale zrozumiałam, że mogę się frustrować, ale to nic nie zmieni, bo ja jestem jedna a ich półtora miliona. Takie podejście ma wady i zalety. Ludzie są realnie zainteresowani sobą, pomagają sobie. Rodzina jest dobrem najwyższym, nie można jej odmówić. Zajmują się rodzinnym życiem, o którym zapomnieliśmy. A mało efektywne działanie? Ja nie wiem, co jest lepsze – mogę mieć milion dóbr, które nie są niezbędne do przeżycia, ale nie być szczęśliwa.

 

A jak jest z internetem? Teraz rozmawiamy przez Skype i nie ma najmniejszych zakłóceń…

Jeśli chodzi o jakość, to nie widzę żadnej różnicy. Przez kilka miesięcy miałam tylko dwie małe awarie stałego łącza. Tyle, że jest znacznie droższy niż w Polsce. Płacę w przeliczeniu co miesiąc około 300 złotych. W Poznaniu miałabym to za 50 złotych. No, może to, co nie dotarło do Gambii, to kwestie bezpieczeństwa. Jako hasło specjaliści wpisują tu imię i nazwisko.

 

Internet jest ci przecież niezbędny do pracy.

Tak, mam w Polsce firmę i portal Przedsiębiorcą Być, która formalnie jest biurem rachunkowym, ale nie lubię o niej mówić w tym kontekście. Zajmujemy się ze wspólniczką optymalizacją podatkową. Praca wymaga dostępu do dokumentów, kontroluję pracę osób w Polsce w zakresie Kadr i Płac, rozwijam sklep internetowy. No i prowadzę ten portal, którego celem jest edukacja przedsiębiorców, na przykład poprzez webinary.

 

A myślisz nad otwarciem czegoś na miejscu?

Tak, myślę nad lokalnym biznesem. Sprawdzam. Jestem przekonana, że lokalna restauracja ma sens. Taka knajpa dla lokalnych ludzi. Na lokalu dla Europejczyków nie zarobisz poza sezonem. Teraz zaczyna się pora deszczowa, więc Senegambia, turystyczna część stolicy, jest niemal cała zamknięta. Turyści nie przyjeżdżają, bo problemem nie jest deszcz, a komary.  Przenoszą malarię, a to jest niebezpieczne dla białego człowieka. Zacznę od afry – przydrożnego pieca, przy którym zatrudnię kogoś do pieczenia mięsa. Zaczynam w lipcu, jak tylko skończy się Ramadan i post.

 

Skoro jesteśmy przy Ramadanie…

Ostatnio miałam taką sytuację, że chciałam wracać do domu około 19-tej, ale okazało się, że nie ma transportu, bo zaszło słońce i wszyscy poszli jeść po całym dniu.

 

Chciałem raczej spytać, jak się odnajdujesz, jako biała kobieta w kraju muzułmańskim?

Islam Czarnej Afryki różni się od arabskiego i azjatyckiego. Najbardziej ortodoksyjne podejście jest na bliskim wschodzie, tam rzeczywiście kobieta nie ma praw. W Azji jest już lepiej. A tutaj jest taki islam light. Ludzie piją alkohol, palą trawę, która jest nielegalna. Do meczetu większość z nich chodzi tylko w piątki. Ramadan obchodzony jest na zewnątrz domu. Wewnątrz ludzie jedzą, ale tak, żeby inni tego nie widzieli. Ogólnie słabsza pozycja kobiety nie zależy tu od religii, ale od kultury regionu. W innych krajach afrykańskich jest podobnie. Tak samo jak muzułmanki mają chrześcijanki. Rolą kobiety jest zajmowanie się gotowaniem. Mężczyzna jest odpowiedzialny za przynoszenie jedzenia do domu.

 

Jak wygląda życie codzienne w Gambii?

Tutaj ludzie nie mają wielkich wymagań. Jeśli ktoś ma co jeść, gdzie spać i coś do ubrania, to wystarczy. Nie ma tu bezdomnych. Nawet bardzo biedni ludzie utrzymują czystość. Wiele osób jest głodnych, szczególnie przed sezonem turystycznym, ale nikt z tego głodu nie umiera. Kiedy około 13-tej wyjdę na market, taki targ, wszyscy zapraszają, żeby przyłączyć się do posiłku. Tu się je na zewnątrz. Jest wielka misa, wokół której się kuca i je się rękoma. Nawet najbiedniejsi zawsze zapraszają. Tak samo, kiedy wyjdziesz z domu i chcesz porozmawiać, po prostu przysiadasz się do ludzi, którzy siedzą na ulicy.

Gambia wspólne jedzenie

po prostu przysiadasz się do ludzi, którzy siedzą na ulicy…

A koszty życia?

Wynajęcie domu w europejskim standardzie kosztuje od 600 do 1000 euro za pół roku płatne z góry. Woda jest bardzo tania, ja płacę ok. 85 zł co kilka miesięcy. Prąd z kolei jest w modelu prepaid. W kioskach z napisem Gaspower można doładować konto. Mi wychodzi ok. 150 złotych miesięcznie, bo przez cały czas chodzą wiatraki. A jedzenie? To zależy. Kupując w tzw. europejskich marketach to minimum 2-3 tysiące złotych miesięcznie. Ale jedząc lokalnie na mieście, można mieć obiad za około 5 złotych. Ja wydaję miesięcznie około 1700 złotych na życie, ale żyję na full-wypasie. Spokojnie da się przeżyć za połowę tej kwoty.

 

Znasz jakichś Polaków, którzy też mieszkają w Gambii?

Tak. Jest kilkadziesiąt osób. Niektórzy są tu nawet po kilkanaście lat. Żyją najczęściej z handlu, sprowadzają z Polski jabłka, cebulę, używane meble. Meble są tu strasznie drogie, bo tu nie ma produkcji. Używana sofka kosztuje 200-300 dolarów, czyli więcej niż w Polsce nowa. Tu niczego nie ma, więc wiele rzeczy się opłaca.

 

Niczego nie ma?

Na przykład myśleliśmy, czy dałoby się uruchomić jakąś fabrykę, ale nawet jak się pokona problemy z ciągłością dostaw prądu i wody, to pojawia się kłopot z brakiem półproduktów. Na przykład do produkcji mebli nie ma tu ani drewna, ani materiałów, ani gwoździ. Wszystko trzeba by sprowadzać. Z tych powodów Gambia jest omijana przez wielkie koncerny.

 

A co „najmocniejszego” widziałaś w Gambii?

Widziałam jak jedzą głodni ludzie. W kilka osób z Europy pojechaliśmy na wycieczkę połączoną z wędkowaniem. Złowiliśmy może z 15 niewielkich ryb i wieczorem organizatorzy usmażyli je dla nas na kolację. Spróbowaliśmy, ale zauważyliśmy, że oni nie jedzą. Kiedy ich zaprosiliśmy, zaczęli niezwykle łapczywie jeść z nami te ryby. Razem ze skórą, ośćmi, zjadali wszystko. Nie zostawiali nic poza ogonkami. Spojrzeliśmy po sobie i zaczęliśmy się mówić, że w zasadzie jesteśmy najedzeni, a oni byli nam ogromnie wdzięczni, że im te ryby podarowaliśmy. Oni żyją z takich wycieczek. Jednego dnia coś zjedzą, innego – nie mają co włożyć do garnka. Ale pomimo wszystkich trudności jakie tu obiektywnie są, ludzie są tu naprawdę szczęśliwi. Widzę, jak niewiele potrzeba, a ja zawsze miałam minimalistyczne podejście.

 

Dziękuję za rozmowę.

Facebook Comments