Rafał Żak tropi absurdy rozwoju osobistego. Jego książka „Nie myśl, że NLP zniknie” została wybrana przez Polskie Towarzystwo Trenerów Biznesu najlepszą książką dla trenera napisaną przez polskiego autora w 2016 roku. W długiej, choć jak zawsze za krótkiej, rozmowie wyjaśni dlaczego wierzymy w niesprawdzone teorie, jak nie wpaść w pułapkę rozwoju osobistego i dlaczego przedstawiciele branży sami strzelają sobie samobóje. Rafał Żak jest trenerem, coachem oraz mówcą motywacyjnym. Od kilkunastu lat pracuje dla biznesu.

 

Jesteś wzrokowcem, słuchowcem czy kinestetykiem?

(ze śmiechem) Nosowcem.

 

Słucham?

Oczywiście śmieję się. Kiedyś na portalu The Onion pojawił się artykuł, w którym napisano, że rodzice dzieci uczących się „nosowo” czują się dyskryminowani, bo ich dzieci uzyskują niższe wyniki w nauce. Zażądali więc wprowadzenia do szkół nowych metod, bo dotychczasowe są niedopasowane do stylu uczenia się, do wymogów dziecka. Artykuł wydawał się być napisany na poważnie, dopiero pod koniec okazywało się, że to żart.

 

Ale nawet w Polsce są szkoły, które reklamują się, że dopasowują metody nauczania do zdiagnozowanej modalności uczniów.

 

Ale tak naprawdę nigdy nie udało się udowodnić, że takie dopasowanie działa, że wpływa na rezultaty nauki. To generalnie jest słaba koncepcja. Zdarzają się na przykład takie paradoksy, że osoba, która sama określa się jako wzrokowiec, w testach wypada jako słuchowiec, a najlepiej uczy się metodą kinestetyczną. Zresztą dlaczego ograniczać się tylko do tych trzech modalności – przecież powinien być jeszcze styl węchowy i smakowy. Tak naprawdę to, jak zapamiętujemy, jest mocno związane z przedmiotem uczenia się.

 

Powiedziałeś o tych testach. Czy to są rzetelne narzędzia?

Ich ocena mieści się na kontinuum od wątpliwe do absurdalne. Najgłupsze pytanie z jakim się spotkałem dotyczyło stacji benzynowej. W odpowiedziach trzeba było zaznaczyć, czy po usłyszeniu słów „stacja benzynowa”: widzimy budynek i dystrybutory, czujemy dotyk korka wlewu, słyszymy odgłos wlewania jej do baku, czujemy zapach benzyny, czy może czujemy smak paliwa.

 

Mnóstwo ludzi jednak mówi „u mnie to działa”…, „u mnie ten opis się sprawdza”

Z niesprawdzonymi teoriami i wątpliwymi narzędziami jest najczęściej tak, że opis, który uzyskujemy pasuje zawsze. Na przykład dostajemy zdania w stylu: „Kowalski jest spokojnym człowiekiem, choć w pewnych sytuacjach potrafi zareagować nerwowo”. Takie zdania mają to do siebie, że można je interpretować wedle uznania i opisują większość populacji.

Na dodatek zdanie „u mnie to działa i tylko to jest ważne” pokazuje jeszcze jedną niezwykle istotną rzecz. To, że ukształtowało się wśród ludzi rozwoju osobistego, takie przekonanie, że praktyka różni się od teorii i że bycie praktykiem stawia w lepszej pozycji. Oczywiście,  jestem bliski podejścia, że jeśli masz rozwijać menedżerów, warto mieć własne doświadczenia w zarządzaniu. Ale po pierwsze nie jest to warunek wystarczający, a po drugie opieranie się tylko na osobistych doświadczeniach i własnym oglądzie sytuacji nie gwarantują sukcesu.

 

Gros szkoleń, wystąpień, jest oparte o historie „z własnego doświadczenia”. Mówcy, trenerzy, opowiadają o tym, jak odnieśli sukces.

Problem polega na tym, że każdy z nas ma tylko jedno własne doświadczenie. A to trochę niewielka grupa badawcza, która pozwalałaby na wyciąganie z tego wniosków.  Weźmy takiego Steve’a Jobsa. Mnóstwo przedsiębiorców chciałoby być jak on. Jest takie mądre zdanie Pawła Fortuny: „Czy wszyscy adoratorzy biografii Jobsa już zauważyli, że Jobs stał się Jobsem, bo nie naśladował żadnego Jobsa?” Nie da się powtórzyć jego doświadczenia. Żyjemy w zupełnie innych realiach. Tymczasem bardzo wielu mówców motywacyjnych opowiada tylko o tym, jak odnieśli sukces. Brakuje mi w tym często takiej narracji, że ktoś dzieli się swoimi doświadczeniami, a na dodatek ma poparcie w badaniach dla swoich kroków. Mówi na przykład: „Zrobiłem tak i tak, a potem dowiedziałem się o tym, że badania pokazują, że to jest dobry sposób”. Tyle, że to psuło by przekonanie o wyższości praktyki nad teorią.

 

Ale są też historie tych, którzy biorą udział w takich spotkaniach a potem osiągnęli sukces…

Oczywiście. Ale nie ma rzetelnych badań, dzięki którym moglibyśmy stwierdzić co działa, a co nie. Czy to wydarzenie rozwojowe pomogło w sukcesie, czy wydarzył się on niezależnie? To bardzo ciekawy obszar. Być może spotkania motywacyjne da się robić tak, że są inspirujące i trwale wpływają na zmianę na lepsze. Pewnie to może działać. Dopóki tego nie zbadamy, ludzie będą jeździć na wydarzenia na temat „jak stać się  milionerem”, a nie ma żadnego dowodu na to, że te metody działają. Mało tego, jeśli ktoś jeździ na takie spotkania czwarty rok z rzędu, to chyba znaczy, że coś jest nie tak. (z uśmiechem)

MIty rozwoju osobistego

(c) Youtube

A co zatem mówią badania?

Tak naprawdę nie wiemy. Są wyniki z USA sprzed trzydziestu lat. Okazało się wtedy, że tak zwane Large Group Awareness Training dają chwilowego kopa, ale długofalowo nie wpływają na motywację. Cześć danych mówi nawet, że mogą być szkodliwe.
Choć zaznaczam, że to dosyć stare badania dotyczące wydarzeń, które pewnie dzisiaj prowadzone są inaczej. W Polsce jest coraz więcej tego typu eventów, z dużymi grupami uczestników. W zasadzie są idealne warunki do zrobienia takich badań i liczę, że ktoś się tym zajmie.

 

Ale mnóstwo ludzi chodzi na takie spotkania motywacyjne. Szkodzą sobie?

Myślę, że nie, choć to zależy z jakimi oczekiwaniami idziesz. Jeśli traktujesz takie wydarzenie jako mające dostarczyć rozrywkę i zawierające w sobie jakieś elementy rozwojowe – to świetnie. Jeśli zakładasz, że wydarzy się w Twoim życiu prawdziwy przełom – to gorzej. Moja prywatna rada brzmi: jeśli masz wątpliwości, czy warto iść na jakieś wydarzenie – zapytaj HR-owca. Oni wiedzą najlepiej jak odróżnić wartościowe propozycje. Wiedzą co to jest kompetencja, z czego się składa i jak można ją rozwijać. Dokonują wyborów na co dzień w imieniu swoich firm, zazwyczaj potrafią zatem lepiej oceniać propozycje i dokonywać mądrych wyborów.

 

A jeśli nie mamy takiej możliwości?

Musimy uczyć się krytycznego myślenia. Rozpoznawania co jest prawdą, a co nie jest. Obecnie świat jest znacznie bogatszy niż kiedyś jeśli chodzi o dostęp do wiedzy. Gorzej z weryfikacją tych łatwo uzyskiwanych informacji.
Staram się w tym zakresie uczenia krytycznego myślenia poruszać od lat. Osobiście nie mam takiej misji, żeby wypleniać patologie rynku rozwojowego, koncentrować się na znanych nazwiskach. Zdecydowanie bardziej wolę uświadamiać, pokazywać kryteria oceny propozycji rozwojowych. Jak powiedział kiedyś mój znajomy „Chodzi o zjawiska, a nie nazwiska”.

 

A znasz wróżkę Orianę? Jest gwiazdą audiotele. A oprócz tego oferuje swoje usługi dla firm.

(ze śmiechem) Dla mnie, jako tropiciela absurdów rozwojowych, to fascynujące. Z jednej strony chciałbym zobaczyć jej ekspertyzę dotyczącą kandydatów w procesie rekrutacji, ale z drugiej strony szkoda mi kasy na taki eksperyment.

Absurdy rozwoju osobistego

Wróżka Oriana ma usługi dla firm

Skoro jesteśmy przy koncepcjach rozwojowych… Dlaczego wielu z nas boi się wyjść poza słynną strefą komfortu?

Odpowiem historią o moim tacie, który pewnego dnia wstał rano i stwierdził, że dziś właśnie nadszedł ten czas, że powinienem zacząć jeździć na rowerze na dwóch kółkach. Odkręcił więc te dodatkowe  i kazał mi jeździć. Po dwóch glebach, miałem dość roweru na kilka tygodni. Wyszedłem z mojej strefy komfortu prosto do strefy paniki. Gdzieś między nimi jest rzeczywiście obszar, w którym zachodzi rozwój. Nazywana się go najczęściej strefą uczenia się lub z angielska stretch zone. Ale kiedy ktoś ze strefy komfortu wyrzuci nas za daleko, to rozwój i tak nie zajdzie. W zasadzie więc w rozwoju chodzi o poszerzanie granicy komfortu i uczenie się w poczuciu bezpieczeństwa, a nie ekstremalne wychodzenie poza wygodę.

 

A które z koncepcji rozwojowych uważasz za najgroźniejsze?

Jeśli bym miał wskazać jeden obszar, to ten związany z tzw. pozytywnym myśleniem, afirmacjami, wizualizacjami, prawem przyciągania. On jest bardzo kuszący dla odbiorców oraz najczęściej sprzeczny z badaniami. Wpisuje się w taki popularny nurt, że wystarczy uwierzyć, wyobrazić sobie swój cel a sukces stanie się niemal sam i nie będzie wymagał wysiłku. Świetnie o tym mówi profesor Wiesław Łukaszewski, przywołując opowiadanie Mrożka. Opisuje on bohatera, który natężaniem się był w stanie osiągnąć wszystko, na przykład spotykał Anglika i tak się natężał, że nagle zaczynał mówić po angielsku.
A tymczasem jest przykład w zakresie wizualizacji, czyli wyniki, które uzyskiwała Gabriele Oettingen. W jednym ze swoich eksperymentów badała odchudzające się kobiety. Osoby, które wizualizowały sobie pozytywny efekt chudły mniej niż te, które tego nie robiły. Takich przykładów jest mnóstwo. Dla jasności z wizualizacji można korzystać, tylko należy to robić mądrze. Wizualizować sobie drogę dojścia do celu, a nie sam cel. Wtedy może to być pomocne.

 

A afirmacje w stylu „Kim jestem? Jestem zwycięzcą”?

Znowu powołam się na badania. Myślenie, że „jestem wielki”, przynosi pozytywne rezultaty osobom, które już mają dobre zdanie o sobie. Jak ktoś w ten sposób próbuje zbudować poczucie własnej wartości, to jest to działanie przeciwskuteczne.

 

Czy to z propagowania takich mitów rodzi się przekonanie, że branża rozwoju osobistego to oszustwo?

Tak, czasem strzelamy sobie samobóje. Jeśli ktoś przeczyta, że można siłą woli usuwać polipy, zobaczy magiczne metody szkolenia menedżerów z kurami, czy ofertę wróżki Oriany, to jak to można traktować poważnie? Jak poczyta o coachingu płodności, coachach skóry, art coachingu czy coachingu sprzątania, to śmiech sam się ciśnie na usta.
Świetnie mówi o tym mój przyjaciel, też trener i coach. Kiedy zaczynał kilkanaście lat temu wstyd było się przyznać, że jest się psychologiem. Grupy na to źle reagowały, więc Bruno mówił o sobie trener biznesu, później dodawał do tego coach. Teraz często wstyd być coachem i Bruno przedstawia się słowami „psycholog biznesu”.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Facebook Comments