Gdzieś mam jeszcze piracką kasetę „Temple of the Dog”. Innych wtedy nie było, a jak gdzieś się trafiło, to kosztowały majątek. Kupiłem ją pewnie na jakimś stoliku, które na początku lat 90. były Empikiem i Youtubem w jednym. „Say Hello 2 Heaven” i „Hunger Strike” usłyszałem w nocnej audycji w kultowego wtedy Radia Wawa. Jako pierwsze grało wtedy tylko rocka i dla pokolenia, które dorastało na samym początku lat 90. było muzycznym oknem na świat. Kilka lat później, właśnie tam, podczas nocnej audycji usłyszałem, że Kurt Cobain popełnił samobójstwo…

Kiedy lider Nirvany zastrzelił się na swoim podjeździe, zadawaliśmy sobie z kumplami pytanie – kto będzie następny. Obstawialiśmy Eddiego Vadera. Na pierwszy koncert Pearl Jam w Polsce szedłem przekonany, że to może być jego ostatni występ w naszym kraju. To pokolenie miało żyć krótko. Nie ma co udawać, to był jeden z najbardziej zaćpanych czasów w historii rocka. Kiedy w 2002 roku Layne Staley z Alice in Chains przedawkował kokainę i heroinę, nie poruszało to już tak bardzo. Popularność grunge’owych zespołów przeminęła.

Zanim muzyka grunge się wypaliła, powstało jedno z arcydzieł – „Black Hole Sun” z hiperrealistycznym teledyskiem. Dla mnie to było szczytowe osiągnięcie muzyki tamtego czasu. Apokalipsa gatunku. Szedłem wtedy na studia, grunge się kończył i miał pozostać licealną miłością. Zauroczeniem, które się wspomina z sentymentem. I było tak jak z fascynacją z tamtych czasów. Słuchając produkcji z pierwszej połowy lat 90. czułem się, jakbym oglądał zdjęcia dziewczyn, w których się wtedy kochałem. Ale patrząc na nie dziś, widziałem już inne osoby. Dlatego nie zakochałem się w Audioslave. Tym bardziej, że w międzyczasie pojawiło się mnóstwo nowych, czasem zupełnie innych obiektów westchnień.

Chris Cornell zaatakował znienacka dwa lata temu. Z każdego radioodbiornika sączyło się „Nearly forgot my broken heart”. Beczący wokal, nawiązania do muzyki country i nieustanna obecność piosenki stała się dla mnie nieznośna. Nienawidziłem jej. Musiał minąć ponad rok, zanim obejrzałem teledysk na Youtube. I ku swojemu zdziwieniu zachwyciłem się tym westernem. Chris Cornell czeka na egzekucję w celi na dzikim zachodzie. Przed nim straceni zostają inni złoczyńcy. Gdy przychodzi jego kolej, staje na wyznaczonym miejscu, kat zakłada mu na szyję pętlę, a na głowę worek i…

Tym razem ta historia nie miała happy endu. Kolejny idol burzliwego czasu dojrzewania uciekł na tamtą stronę. Say Hello 2 Heaven…

Facebook Comments