Jeśli nie masz czasu, wolisz posłuchać, albo jedziesz autem – posłuchaj, jak czytam dla Ciebie ten artykuł. Do wyboru Soundcloud lub Youtube.

Drogi Czytelniku! Po pierwsze, dziękuję, że kliknąłeś w ten tytuł. Odbieram to jako wyraz zaufania do mnie, jako autora. Tytuł jest typowo clickbaitowy, więc spodziewać się mogłeś wszystkiego. Galerii memów, agregacji powszechnie znanych wiadomości, czy treści o niczym. Równie dobrze mógłbym urwać tekst w tym miejscu, w końcu już Twoje kliknięcie zliczył mi Google Analytics. Ale w zamian za zaufanie, którym mnie obdarzyłeś, dostaniesz ode mnie wartościowy tekst. O tym, jaką krzywdę robimy sobie konsumując treści w taki, a nie inny sposób. A więc dlaczego dajemy się nabrać na clickbait, wierzymy w fakenews, a potem agresywnie reagujemy na to, że daliśmy się złapać.

 

Inspiracją do powstania tego tekstu był artykuł byłego redaktora AszDziennika – Bartka Przybysza, z którym miałem przyjemność siedzieć biurko w biurko i nie raz, nie dwa dyskutować. W swojej analizie Bartek szukał źródeł powstawania nieprawdziwych informacji w internecie, a jako protoplastę wskazał Cezarego „Trotyla” Gmyza. Moim skromnym zdaniem, nieprawdziwe newsy pojawiły się znacznie wcześniej. Rynek papierowych tabloidów od dziesięcioleci żyje historiami o wielorybie, który wpłynął do Wisły, człowieku, który nie może spać, bo trzyma kredens i innych tego typu historiach. Pozostawały jednak w swojej, jasno określonej przestrzeni. Media społecznościowe wymieszały, a przez to uwiarygodniły, oba rodzaje treści – te prawdziwe i te fałszywe.

 

W latach 90. co wieczór spotykaliśmy się naszą paczką „przy fontannie” na warszawskiej Pradze i gadaliśmy o wszystkim. Pewnego razu jedna z koleżanek przyszła niezwykle podekscytowana. Powiedziała, że znaleziono gdzieś szczątki prawdziwej syreny. Właśnie przeczytała o tym w jakiejś sensacyjnej gazetce, które w tamtych czasach zaczęły się pojawiać w kioskach. Uczyliśmy się odróżniać wiarygodne media od tych, które, aby dostarczyć rozrywkę, gotowe są zrezygnować ze zdrowego rozsądku.

 

Niebezpiecznie zaczyna się robić, kiedy słowo „rozrywkę” zastąpimy słowem np. „poglądy”. Okazało się, że w świecie, w którym czytelnik ma problem z odróżnieniem faktu od opinii, kształtując „prawdę” można łatwo wpływać na sposób postrzegania świata przez odbiorcę. Odpowiednio dobierając komunikaty, można zamknąć go w bańce informacyjnej. Będzie wierzył w to, co będzie spójne z narzuconą mu wizją. A jeśli fakty się nie zgadzają, tym gorzej dla faktów. W psychologii nazywa się to redukcją dysonansu poznawczego.

 

BuzzFeed.com podaje, że w USA dla niemal co czwartego użytkownika podstawowym źródłem informacji jest Facebook. Pięciu na sześciu z nich uznaje informacje fałszywe jako prawdziwe. Wedle danych dla Polski (MullenLowe MediaHub, za Wirtualne Media) w najmłodszej grupie wiekowej (15-24 lata) Facebook jest zaufanym źródłem wiedzy o świecie dla co trzeciego użytkownika sieci. W starszych pokoleniach wciąż liderują tradycyjne media – TVN, Onet i Polsat.

 

Gdyby badania przeprowadzono w jeszcze młodszej grupie użytkowników,  jestem przekonany, że na pierwszym miejscu byłby Youtube. Widzę to po moich nastoletnich synach, którzy zamiast telewizji śniadaniowej oglądają to, co ich ulubieni, zaledwie kilka lat starsi, Youtuberzy mają do powiedzenia na gorący akurat temat. Nastolatek nadający z własnego pokoju stał się bardziej wiarygodny, niż nobliwe redakcje.

 

Rzekoma śmierć Tiny Turner, zdjęcie białoruskiej manifestacji z wklejonym nagim opozycjonistą, afera z tzw. Niebieskim Wielorybem (w oryginale mowa chodzi o płetwalu błękitnym)… Codziennie dajemy się nabrać na nieprawdziwe informacje. Redaktorzy w pogoni za tym, żeby być pierwszymi, rzadko mają czas na sprawdzenie źródła. Nawet jeśli informacja będzie nieprawdziwa, to licznika kliknięć się nie cofnie. Liczy się, żeby być pierwszym. Brutalna prawda jest taka, że zamiast poświęcić czas na research, lepiej dobrze skręcić tytuł.

 

Koleżanka z Pragi nie była nadawcą komunikatu o szkielecie syreny. Przyniosła szmatławą gazetkę, którą potem razem obśmialiśmy. Na Facebooku i w innych mediach społecznościowych każdy z nas jest nie tylko konsumentem, ale i nadawcą treści. Wystarczy udostępnić link i część odpowiedzialności za niesprawdzone źródło bierzemy na siebie. Dlatego tak źle się czujemy, jeśli podamy nieprawdziwą wiadomość. Reagujemy ostro właśnie dlatego, że staliśmy się twarzą legitymizującą fakenewsa.

Wszystkim, którzy wyklinają „oszustów” radzę: Nie płacz na postprawdę i clickbaity. To działa, bo sam w to klikałeś!

Facebook Comments