Pewnego dnia R. przyszedł do pracy odmieniony. Zagadał mnie w kuchni i uważnie obserwował moje reakcje i odpowiedzi, jakby nagle chciał się zaprzyjaźnić. Normalnie nasze kontakty były bardzo poprawne, lubiliśmy się, pracowaliśmy razem i potrafiliśmy dowieźć spore projekty, ale nigdy nie było między nami chemii. Po prostu on był dla mnie kolesiem z innej bajki. Ja dla niego też. Jak byśmy mieli pójść po pracy na piwo, obaj czulibyśmy się niezręcznie.

Różniliśmy się, czuliśmy się w tym dość naturalnie i akceptowaliśmy swoją odmienność. A przede wszystkim ceniliśmy się pod kątem zawodowym. Tego dnia jednak R. zaczął się zmieniać. Jego zachowania stały się nieznośnie karykaturalne. Czułem, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałem jeszcze o co chodzi. Podczas jednej z kuchennych rozmów, okazało się, że reszta biura ma podobne odczucia. Wedle słów jednej z koleżanek, R. zachowywał się jak „tani amant”. Czasem mieliśmy wrażenie, że małpuje nasze ruchy albo nas przedrzeźnia swoim sposobem mówienia czy parafrazami „z dupy”. A wszystko dlatego, że R. postanowił zostać mistrzem Neurolingwistycznego Programowania (NLP).

 

Pod koniec lat 90. na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego o NLP (neurolingwistycznym programowaniu) mówiło się w samych superlatywach. Metateoria, dorobek najlepszych terapeutów, nowinka prosto ze Stanów. Cud, miód i orzeszki. Na fakultetach wkuwaliśmy więc modalności, rozpoznawanie ruchów gałek ocznych, uczyliśmy się dostrajać do rozmówcy. I muszę powiedzieć uczciwie, robiło to różnicę w czasach, kiedy jeszcze w części podręczników znajdowaliśmy kwiatki o marskistowsko-leninowskim wpływie na psychologię.

 

Ale im głębiej w las, tym robiło się… bardziej niejednoznacznie. Nagle NLP zachłysnęły się osoby, które tak jak wspomniany R., zobaczyły, że mogą w łatwy sposób posiąść potężne narzędzie wpływu na innych. Pojawili się guru, którzy leczyli polipy siłą woli i błyskawicznie leczyli z katatonii przez dostrojenie do rytmu oddechu pacjenta. W kolejce czekali już PUA (pick-up-artists), czyli podrywacze-manipulanci. Wszystkich ich cechował religijny fanatyzm. Każdy sukces umacniał przekonanie o sile metody, która obiecywała natychmiastowe efekty. Wyznawcom kultu NLP można było (i wciąż można) postawić dwa podstawowe zarzuty. Pierwszy jest natury etycznej. Drugi – naukowej.

 

Dlatego z ogromną radością przeczytałem książkę Rafała Żaka „Nie myśl, że NLP zniknie”. Dla mnie jest to świetnie skondensowany wykład o neurolingwistycznym programowaniu. Autor wykonał przeogromną pracę, przekopał ogromną część dostępnej literatury, zarówno polsko- jak i angielskojęzycznej. I zebrał to w niezwykle ciekawej formie. Tej książki nie czyta się strona po stronie, ale co chwila skacze do rozdziałów, te odsyłają do kolejnych miejsc.

NIe myśl, że NLP zniknie

Pierwsze kilkadziesiąt stron, to esencja obecnej wiedzy o NLP, tak jak widzą tę „religię” jej prorocy. Kolejne, ponad 200, to krytyczna analiza entuzjastycznych opinii z pierwszej części. Jeśli przeczytamy w niej na przykład o „Rapporcie”, to po przeskoczeniu we wskazane miejsce, możemy sprawdzić, jakie podstawy naukowe danej techniki znalazł autor. Co ważne, jest to analiza krytyczna, ale nie krytykancka. W ten sposób, można sobie wyrobić własne zdanie na temat NLP. Oddzielić ziarno od plew. I dowiedzieć się, dlaczego leworęczny Bask jest przekleństwem NLP-owców (nie zdradzę).

Jeśli dla kogoś strona naukowa nie jest aż tak ciekawa, to pełno tu jest świetnych historii. Konflikty pomiędzy twórcami NLP to materiał na naprawdę niezły kryminał prawniczy w hollywoodzkim stylu. Całość jest przyprawiona smaczkami z rodzimego podwórka, takimi jak sposób Mateusza Grzesiaka na namówienie dziewczyny na trójkąt (ale tylko z drugą kobietą!). Czy wreszcie wspomnienie nieśmiertelnej „Sarenki”, czyli nagrania, w którym „Coach NLP” pokazuje metodę redukowania stresu przez wyobrażanie sobie dwóch kopulujących zwierząt.

Książka Rafała Żaka porządkuje. Nawet dla mnie, trenera z 20-letnim stażem to ogromnie przydatne podsumowanie. Dostarcza argumentów i kontrargumentów. A przez to jest wyśmienitą zabawą intelektualną. Ma jednak jedną zasadniczą wadę. Jest za krótka. W wielu miejscach aż chciałoby się przeczytać więcej. Niestety, musiałaby mieć wtedy objętość książki telefonicznej. Chyba, że autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

 

A co się stało z kolegą R.? Nasze drogi zawodowe rozeszły się dość szybko. Dziś przy pomocy NLP leczy m.in. bezpłodność. Chwali się niemal stuprocentową skutecznością.

Facebook Comments