Jestem robotem, bez wyłącznika, bez woli – to już nie boli

W trakcie zebrania kolega się wyłączył. Po prostu w połowie słowa ze zmęczenia zasnął na stole. Kończyliśmy duży projekt i zdarzało się, że spaliśmy w pracy. Ja tępo patrzyłem w Excela i za cholerę nie mogłem zrozumieć i poprawić formuły, którą napisałem kilka dni wcześniej. W mojej głowie nie domykał się jakiś nawias. Pół godziny zajęła mi czynność, którą powinienem był zrobić w dwie minuty. Opóźnienie wzrosło o 28 minut.

Jestem z pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w połowie lat 90. Każdy chciał gonić i zrobić więcej, więcej i więcej. Sporo czasu musiało upłynąć zanim nauczyliśmy się tak oczywistych rzeczy, jak choćby ustalanie priorytetów. Niestety, wszystkie metody zarządzania czasem, zaczęliśmy stosować do tego, aby upchnąć w nasze kalendarze jeszcze więcej.

 

Jestem robotem, nie ma później, nie ma potem

Według danych OECD, Polacy przepracowali w 2015 roku, średnio 1963 godziny i jest to więcej niż rok wcześniej. To daje ponad 245 ośmiogodzinnych dniówek. Jeśli podzielimy to na 12 miesięcy i uwzględnimy dni ustawowo wolne, to okaże się, że pracujemy tak, jakbyśmy w ogóle nie korzystali z urlopu. Średnio wychodzi nieco ponad 20 dni pracy w miesiącu.

W tym samym okresie Czesi (1779 godzin) pracowali ponad miesiąc krócej – 222 dniówki. Holendrzy (1419 godzin) – zaledwie 177 dni. Jesteśmy liderami tej klasyfikacji.

 

Jestem robotem za niewielką kwotę, można mnie kupić

Moje ręce, moją głowę, korpus, mięśnie, garderobę i procesory-sory-sory

Jeśli porównamy te dane z danymi płacowymi za 2014 rok, opracowanymi przez Sedlak&Sedlak, to okaże się, że po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej, zarabiamy lepiej niż zaledwie 8 krajów Unii Europejskiej. Oczywiście, uwzględniamy dane z różnych lat, ale nie różnią się one radykalnie. Porównując, dla Polski wychodzi 10,32 przeliczonego euro na godzinę pracy, dla Czech – 9,55, a dla Holandii – 22,98. Ponieważ braliśmy pod uwagę kwoty uwzględniające siłę nabywczą (przeliczone), to powyższe zestawienie pokazuje nie tyle zarobki wprost ile ich efektywność. Czyli przeciętny Holender za godzinę swojej pracy, może sobie kupić ponad dwa razy tyle, ile przeciętny Polak.

 

Jestem robotem monitor zamiast głowy znam tyle komend ile trzeba

Niedawno w facebookowej dyskusji, ktoś zadał pytanie o najatrakcyjniejszych pracodawców w Małopolsce. Wśród odpowiedzi zdecydowanie dominowały różne BPO i SSC. Wymarzonym pracodawcą, w najbardziej chyba inteligenckim mieście w Polsce, są „fabryki dokumentów” – centra usług wspólnych, które na zlecenie korporacji obsługują ich oddziały z całego świata. W podkrakowskiej wsi, Zabierzowie, zbudowano małopolski odpowiednik Mordoru. BPO / SSC dają wymarzony etat, przyzwoite pieniądze i pozorną stabilizację. Pozorną, bo tego typu biznes można jedną decyzją przenieść w zupełnie inne miejsce na świecie. Jak każdą pracę odtwórczą.

I chociaż żywy jest w Polsce topos „odszedł z korpo, by założyć swój start-up”, to niestety większość z tych historii nie kończy się wielkim sukcesem. Ale o tych spektakularnych słychać najwięcej i one inspirują.

Z kolei prawdziwych innowacji u nas jak na lekarstwo. Rozmawiałem rok temu z młodym pracownikiem naukowym Uniwersytety Warszawskiego. Ma on już dorobek, którym zainteresowany jest biznes. Ale nie ma czasu na badania. W semestrze musi wypracować 240 godzin dydaktycznych (plus przygotowanie, sprawdzanie itp.). Na zachodniej uczelni, która go kusi – miałby tych godzin 30. Innowacje mogą poczekać.

 

Jestem robotem, niedługo będę złomem lecz teraz tobie zrobię dobrze

Co wynika z tego zestawienia kilku faktów? Na pewno umiemy dużo i ciężko pracować. Na pewno to, że choć ciągle gonimy Zachód, to zamiast pracować mądrze, pracujemy ciężko. Zamiast na jakość, idziemy na ilość. Guru zarządzania – Lee Iacocca, w jednej ze swoich książek pisał o tym, że gdy zwiększał liczbę godzin swojej pracy do ponad stu w tygodniu, jego firma szła na dno. Dopiero jak zmniejszył ich liczbę o połowę, miał siłę mierzyć się z najważniejszymi problemami i postawił Chryslera na nogi.

Rozmawiałem z wieloma terapeutami. Zgodnie wskazują, że bardzo często trafiają do nich ludzie, którzy nie umieją zachować higieny psychicznej w swojej pracy. Są w trybie aktywności przez cały czas. Z rzadka przechodząc w stand-by i kompulsywnie sprawdzając komunikatory nawet podczas seansu w kinie.

Bieganie nauczyło mnie, że jest czas treningu (pracy) i regeneracji po nim. I ten drugi jest warunkiem postępu. To wtedy nasze mięśnie odbudowują się silniejsze. Zrastają się mikrourazy, które odnieśliśmy podczas obciążeń treningowych. Dzięki regeneracji mamy siłę podjąć większy wysiłek. W sporcie taki podział jest dużo łatwiej zaakceptować niż w pracy. Ale mechanizm jest ten sam. Bez świeżości, nie będzie efektywności, nie podołamy bardziej wymagającym wyzwaniom.

 

Grupa Beneficjenci Splendoru śpiewała: „Jestem robotem, zap*dalam w sobotę, za niewielką kwotę”. Choć utwór ma już prawie 10 lat, to nie stracił nic, ze swojej aktualności. Śródtytuły pochodzą z tej właśnie piosenki.

Facebook Comments