Voldemort Coachingu, wywiad z Liroyem i wkurw trzy razy

Czytając facebookowe dyskusje na temat Mateusza Grzesiaka, miałem nieodparte wrażenie deja vu. Dawno dawno temu (a konkretnie w 1998 roku), w nieistniejącej już dziś Radiostacji, mój serdeczny kolega Marcin Chłopaś, prowadził wywiad z Liroyem. Nagranie od niemal od dwóch dekad krąży po sieci i w niektórych środowiskach ma miano kultowego. Rozmowy na żywo ze słuchaczami bardzo szybko przerodziły się w stek bluzgów z obu stron. Jedno z delikatniejszych pytań jakie tam padły brzmiało: „Czemu, ty fiucie, kojarzysz się z hip-hopem w Polsce?”.

 

Ostatnio Nadcoach i Ten Którego Imienia Wymawiać Nie Wolno ma słabą prasę. Kolejne serwisy wyciągają z przeszłości jego głupie wypowiedzi na forach internetowych. O leczeniu polipów siłą woli, o depresji. To grzeje w mainstreamowych mediach, ale od dawna są w sieci takie strony jak Diligito, które odsłaniają wiele niewygodnych – nazwijmy to kulisów działalności tego Pana. Sytuacja nie dotyczy zresztą tylko Wielkiego Inspiratora, ale i innych Kołczów, czy PUA (artystów podrywu). Zestawienie tych treści z ogromnymi obecnie zarobkami budzi emocje. Jakie? Niech każdy sobie odpowie sam. Ja mogę powiedzieć o moich – do tych mam dostęp.

 

Choć sam nie jestem coachem, mam ogromny szacunek do metody. Ale przede wszystkim do ludzi z branży, których znam osobiście (lub choćby przez Facebooka). Uwielbiam rozmowy, historie, które mogę wykorzystać w swoim życiu, czy na szkoleniach. Za coachingiem może stać ogromna siła i wiele osób to czuje. A ja czysto po ludzku czuję wkurw. Razy trzy.

 

Wkurw pierwszy: o czym my w ogóle mówimy?

Wkurwia mnie wożenie się na słowie „coaching” różnej maści kreatur. 21-letni playboy, który skłonił studentów SGH do dawania sobie po twarzy ma tyle wspólnego z coachingiem, co ja z baletem. Widziałem kilka razy w Teatrze Wielkim. Ale media, a za nimi tzw. zwykli ludzie potrzebują etykietki.

W Polsce słowo „coach” funkcjonuje jako synonim osoby pracującej w obszarze tzw. rozwoju osobistego. Określa się nim nie tylko coacha, ale też trenera pracującego z grupą, mówcy motywacyjnego, kaznodzieje z MLM-ów czy wreszcie wszelkiego rodzaju cwaniaków, którzy próbują przywłaszczyć sobie ten termin. I to jest właśnie…

 

Wkurw drugi: Okradają nas!

Właściwie Was – coachów. Choć i nas, klientów też. Nas z zaufania, was nawet nie z pieniędzy, a z marki. A to droższe od pieniędzy. Dlatego pełen jestem podziwu dla takich osób jak np. Artur Król, którzy rzeczowo demaskują wszelkie patologie. Albo Adam Gieniusz, który dla mnie jest busolą etycznego podejścia. Wkurwia mnie pasywne podejście – „dobry coaching sam się obroni”, „róbmy swoje i nie patrzmy na pseudo-coachów”. Gówno prawda! Dobry marketing i PR sam się obroni. Dobry produkt (abstrahując od tego, czy to coaching, czy cokolwiek innego) niekoniecznie. Dilujcie z tym. Zły pieniądz wyprze dobry – to Kopernik.

Voldemort Coachingu ma znakomity PR i wizerunek wśród przeciętnego Kowalskiego. Kołcz Majk ma swoją sektę wyznawców. Juliana (tego od bicia od twarzy) podziwiają jego rówieśnicy, bo zalicza laski. A przynajmniej tak potrafi się sprzedać. I to oni budują w społeczeństwie świadomość kim jest coach.

 

Wkurw trzeci: Nie ogarniamy życia w mediach społecznościowych

Patrząc trochę szerzej – żyjemy w bańce. Facebook i Google podsuwają nam przede wszystkim takie treści, jakie są dla nas atrakcyjne, w newsfeedzie algorytmy podsuwają nam przede wszystkim informacje od ludzi, którzy myślą podobnie jak my. Nie jest przypadkiem, że rozwój mediów społecznościowych zbiegł się w czasie z bardzo mocną polaryzacją postaw w społeczeństwach, które mocno korzystają z komunikowania się przez sieć. Na podstawie zawężonych wyrabiamy sobie opinie.

Oczywiście, każdy powie, że akurat on dociera do źródła, waży argumenty i dopiero po długich rozważaniach podejmuje własne decyzje. Tak samo, ludzie zapytani, czy działa na nich reklama – odpowiedzą, że na wszystkich wokół tak, ale nie na mnie. Ja wolę mieć świadomość, że tak naprawdę mało wiem i działam często „na skróty”.

Dopiero uczymy się funkcjonować w społeczności jaką jest np. Facebook. Nawet jeśli pilnie odrabiamy lekcje, to jeszcze wiele czasu upłynie, zanim ogarniemy mechanizmy, które sprawiają, że komunikujemy się w świecie „z filtrem”, a przede wszystkim, co to z robi z naszymi emocjami.

Wczoraj wrzuciłem na facebookową grupę branżową głupawą ankietę – „Kto najbardziej szkodzi opinii o coachingu” podając trzy nazwiska. Kiedy ją publikowałem, nie myślałem w kategoriach „po co?”, ani, nie zakładałem, że napiszę ten tekst. Powstał on kosztem czasu, który musiałem urwać z innych działań, ale uważam, że jest powód jest ważny. Już po wszystkim zadałem sobie sprwę, że ankieta pod pewnymi względami przypominała eksperyment pseudo-coacha z SGH. Skłaniała by dać komuś w mordę. Można było wybrać komu, a nawet dopisać własne propozycje. Cztery osoby wskazały nawet na mnie – co mnie paradoksalnie cieszy, bo to zdrowy objaw.

Kilka osób zareagowało oburzeniem i potrafiło wyjść z tego „łańcuszka” mówiąc wprost, że je ta ankieta zniesmaczyła. Ale grubo ponad 100 oddało w niej swe głosy. Zdecydowanie najwięcej zebrał Mateusz Grzesiak. Rzuciliśmy się na łatwy do hejtowania cel. Szczególnie w bańce, w której żyjemy. Tymczasem na zewnątrz…

 

Karol Strasburger już rzucił jakimś sucharem o mężu i żonie. Zaprosił do pulpitu głowy dwóch rodzin. Kurtuazyjnie spytał czym się zajmują na co dzień (Halina jest księgową w rodzinnej firmie, a Robert zawodowym żołnierzem), przypomniał zasady Familiady i zaczął:

– Wymień jakiegoś coacha…

Nim zdążył dokończyć wypowiadać ostatnie słowo, usłyszał dwa uderzenia ręki o pulpit i jedno piknięcie. Po chwili rozradowana Halina rzuciła nazwisko, które znała z telewizji śniadaniowej.

– Brawo! To jest najwyżej punktowana odpowiedź!

 

Post scriptum.
Napisała do mnie dziewczyna, która wyniki tej ankiety chce wykorzystać w swojej pracy dyplomowej dotyczącej wizerunku coachów.

Facebook Comments

Cudowna aplikacja warta milion, czyli historia utkana z mitów i słowo roku Oxford Dictionaries

Tak. Zrobiłem dowcip, prowokację, satyrę, pamflet. Utkałem z nośnych mitów historię o dwóch chłopakach z Podlasia, którzy zarobili milion na aplikacji, która jest tylko ikonką. W założeniu miało być trochę grubymi nićmi szytej szydery z hipsterów, ale i start-uperów. I niektórych to ubawiło. Ale też dało do myślenia. Na chwilę przenieśmy się do USA.

 

Słowo roku 2016

Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w USA. W swoich tweetach wielokrotnie posługiwał się m.in. nierzetelnymi danymi. Zanim jednak ktoś to odkrył, nieprawdziwa informacja rozpalała emocje, robiła zasięgi. Sprostowanie nie miało już znaczenia, mleko się rozlało. Ludzie przeczytali to, co chcieli, co wzmacniało ich światopogląd.

Twórcy Oxford Dictionary co roku wybierają jedno słowo, które zrobiło karierę w poprzedzających wybór 12 miesiącach (choć w 2015 było to emoji zastępujące popularny LOL). Podobnie było w 2016. Słowem roku zostało „post-prawda”.

 

Tkanie z mitów

Dr hab. Marcin Napiórkowski pracuje w Instytucie Kultury Polskiej na UW i w 2013, a więc jeszcze przed swoją habilitacją napisał znakomitą książkę i  prowadzi stronę pod nazwą „Mitologia Współczesna”. Szczerze polecam jej przeczytanie, choć w niektórych przypadkach może ona zachwiać naszym światopoglądem – np. dotyczącym zbierania plastikowych nakrętek. Dla mnie lektura tej książki była jednym z ważniejszych doświadczeń ostatnich kilku lat. Zrozumiałem, jak się buduje historie, a przede wszystkim czym jest (i czym nie jest – pełen strukturalizm) „mit”.

Historię o start-upowcach, którzy zrobili apkę, która podbija świat, utkałem właśnie z takich cegiełek, które idealnie układają się w nasze oczekiwania, które po raz kolejny opowiadają historię, którą lubimy bo już znamy.

 

  1. Polacy podbili świat
  2. Chłopek-rozrtopek zakpił z hrabiego
  3. Loser osiąga niespodziewany sukces, wtedy kiedy inni i on sam przestają wierzyć
  4. Od pucybuta do milionera

 

Kilka skryptów fabularnych wystarcza, żeby wyłączyć naszą czujność. Sam złapałem się wielokrotnie na tym, że działam tak samo automatycznie. Nawet jeśli racjonalne przesłanki mówią nam, że to nie ma sensu.

 

Apka, której nie ma

Tak było w historii, którą opowiedziałem. Aplikacja, która nie ma żadnych funkcjonalności, ma za to kilka milionów pobrań. Idzie za tym natychmiastowy przelew od Apple. Takie rzeczy się nie zdarzają. A na pewno nie dwóm słabym programistom, którzy nawet nie wierzą w swój produkt, nie popierają go marketingiem. Dziś, żeby zarobić milion monet (nieważne, euro czy złote) na apce, trzeba włożyć mnóstwo pracy. Tym bardziej jeśli nie ma ona wersji na Androida. Skończyły się nisko zawieszone owoce. Wciąż można zerwać soczyste sztuki, ale te wiszą już wyżej, trzeba po nie sięgnąć.

Sam wielokrotnie nacinałem się na pompowane informacje o nie-wiadomo-jakich biznesach, które okazywały się nic nie wartymi wydmuszkami. Ciekawą historię można skręcić z niczego. Ale kiedy ktoś powie „sprawdzam”, to odwrotnie niż w bajce – piękny książę zamienia się w ropuchę. Ci czytelnicy, którzy wiedzieli, gdzie informacja się nie klei, mogli łatwo wyłapać niespójność. Sęk w tym, że żyjemy w czasach, w których jesteśmy bombardowani milionami prawd i post-prawd z tysięcy dziedzin, w których nie jesteśmy ekspertami i niestety nie wiemy jak sprawdzić wiarygodność.

 

Wiem, że ten tekst przeczyta znacznie mniej osób niż nieprawdziwą historię programistów z Podlasia. Ale prawda najczęściej jest mniej sexy niż post-prawda. Szczególnie jeśli ta druga jest dobrze opowiedziana.

Facebook Comments

Nie skończyli jeszcze studiów, a zarobili pierwszy milion. Ich minimalistyczną aplikacją zachwyca się cały świat

Wiele razy opisywałem sukcesy polskich start-upów, ale ta historia jest naprawdę wyjątkowa. Łukasz Karpiuk i Szymon Maksymow dopiero za rok skończą studia inżynierskie na Politechnice Warszawskiej. Jeszcze dwa miesiące temu podstawą ich diety były chińskie zupki i przetwory, które przywozili w słoikach od swoich mam. Dziś na koncie ich firmy pojawił się pierwszy milion.

– Sami jesteśmy zaskoczeni tym jak szybko, to się stało. Na Sylwestra kupowaliśmy piwo z Biedronki, dziś chyba moglibyśmy pozwolić na tego drogiego szampana – Łukasz nawet nie zna nazwy Dom Perignion. – Obaj pochodzimy z raczej biednych rodzin, połączyło nas to, że obaj pochodzimy z Podlasia. Tak naprawdę nie wiemy, co zrobimy z taką kasą – nasz rozmówca wciąż jest oszołomiony tempem i skalą sukcesu, który odnieśli, a wszystko zaczęło się od sesji poprawkowej.

– Choć wcześniej znaliśmy się z widzenia, to nie jakoś nie było okazji pogadać. Ale w zeszłym roku spotkaliśmy się pod drzwiami pokoju profesora, u którego obaj mieliśmy zaliczyć kampanię wrześniową – Szymon opowiada o tym, jak narodził się najbardziej dynamiczny polski start-up. – Od słowa do słowa okazało się, że obaj chcemy stworzyć aplikację na komórki. Nie bardzo mieliśmy pomysł na to, jak ma wyglądać i co ma robić. Ale przegadaliśmy trzy godziny – dodaje.

Egzamin poprawkowy zaliczyli na tróję. Zresztą, nie ma co się oszukiwać, nigdy nie byli orłami. Po niewątpliwym sukcesie naukowym poszli świętować na pobliski Plac Zbawiciela. Przy piwie kontynuowali plany podbicia świata.

– Nas, prostych chłopaków z Podlasia, ciągle dziwiło, że ludzie na tym placu potrafią zapłacić 14 złotych za kawę z mlekiem sojowym. Przecież to nawet nie smakuje jak mleko – Łukasz wie co mówi, zawsze w jego gospodarstwie były jałówki. – Ale tu poczuliśmy naszą szansę. Wiedzieliśmy, że nasza aplikacja musi zarabiać na hipsterach – tak pojawił się plan.

Chłopaki resztę wakacji i początek roku szkolnego spędzili na pisaniu kodu. Ich aplikacja miała mnóstwo funkcjonalności, miała być wszystkim tym o czym hipster może zamarzyć. Nie dostali akademika, więc musieli wynająć najtańszą kawalerkę. W pokoju mieli tylko dwa materace. Biurko zbili sobie sami z desek, ubrania trzymali w walizkach. Przez dwa miesiące łączyli naukę, prace dorywcze i nocne pisanie kodu. Choć sami nie mieli iPhona, postanowili napisać program na system operacyjny iOS.

– Pod koniec października mieliśmy już gotowy nasz produkt. Łukasz dostał dofinansowanie z Urzędu Pracy na założenie firmy i zaczęliśmy chodzić po inwestorach – wyjaśnia Szymon. – Ale to była jedna wielka porażka. Nasza apka ciagle się wieszała, ale w końcu nie mieliśmy doświadczenia w pisaniu kodu. Co gorsza nie potrafiliśmy wytłumaczyć po co są te wszystkie funkcjonalności. Podczas jednej z rozmów usłyszeliśmy, żeby wyrzucić połowę tych funkcji – Szymon opowiada o spektakularnej klęsce.

– Pamiętam tych chłopaków – mówi w rozmowie telefonicznej menedżer inwestycji jednego z większych funduszy venture capital. – Zaprosiłem ich na spotkanie tylko dlatego, że stworzyli ikonkę, która była bardzo zachęcająca. Miała w sobie coś takiego, że chciało się ją zainstalować. Ale sama aplikacja była do niczego. Źle napisana, bez zrozumienia użytkownika. Naprawdę odnieśli taki sukces? – nasz rozmówca nie kryje zaskoczenia.

Panowie zaczęli ze swej aplikacji usuwać funkcjonalności, ale nie mieli do tego przekonania. Produkt wydawał im się przez to mniej atrakcyjny. Nie rozumieli, że siła tkwi w prostocie.

– Przełom nastąpił, jak wpadł do naszego mieszkania kumpel z Wydziału Architektury. Zobaczył gołe materace i biurko zbite z desek i się zachwycił. Wtedy obaj zrozumieliśmy, jak silnym trendem jest minimalizm – ekscytuje się Łukasz. – Tej nocy wywaliliśmy z naszej aplikacji wszystkie pozostałe funkcjonalności. Wtedy przestała się wieszać. W zasadzie zostawiliśmy tylko ikonkę. Nad ranem wrzuciliśmy gotowy produkt do AppStore. Daliśmy cenę 99 centów, ale przez dwa tygodnie nie było żadnego zainteresowania, a potem zaczęła się sesja – dodaje.

Przez dwa tygodnie Łukasz i Szymon nie mieli głowy do prowadzenia firmy. Nadrabiali zaległości, zaliczali zaległe kolokwia i walczyli o trójki podczas sesji. Porzucili już marzenie o byciu start-upowcem i wrócili do zwykłego studenckiego życia. Kiedy już z finansami było bardzo krucho, Łukasz zalogował się na firmowe konto.

– Myślałem, że śnię, że to jakieś nieporozumienie. Na koncie była suma jakiej nigdy w życiu nie widziałem. Sprawdziłem historię rachunku i to były przelewy od Apple’a – opowiada Łukasz. – Dwa dni temu stan konta przekroczył milion złotych. Na AppStore naszą aplikację ściągnęło już kilka milionów użytkowników z całego świata. Mamy świetne recenzje – dodaje z zachwytem.

– Ten sukces nas zachęcił, chcemy nawet wypuścić wersję na Androida – Szymon snuje kolejne plany. – Ale będziemy musieli poczytać na własną rękę, bo zajęcia z Android Studio będziemy mieli dopiero na następnym semestrze…

Facebook Comments

Good bye Yahoo! Kto odrobił lekcję z porażki giganta?

Do stacji dysków włożyłem dużą miękką dyskietkę do specjalnych zastosowań. Miała wgrany system operacyjny ze sterownikami, które z sieci Novell pozwalały zatelnetować się na serwer działający pod Unixem. Wystarczyło uruchomić przeglądarkę – Lynx i świat stawał przed nami otworem.

Otworzyłem grubą książkę, którą za jakieś koszmarne pieniądze kupiłem w księgarni na rogu Hożej i Marszałkowskiej. Na 600 stronach było wytłumaczone jak działa internet, ale największą wartość miał katalog najciekawszych zasobów sieci. Nie tylko stron, bo wiele adresów było dostępnych przez Gophera (czy jest na sali jeszcze ktoś jeszcze, kto korzystał z tego protokołu). Aż ktoś podrzucił mi ma IRC-u adres katalogu on-line – yahoo.com. Zachwyciło mnie wtedy to uporządkowanie i aktualność. Wyniki pierwszych wyszukiwarek, jak Infoseek, Altavista czy HotBot wydawały mi się chaotyczne. To wszystko się działo w 1996 roku na Uniwersytecie Warszawskim.

Wprowadzenie darmowej poczty przez Yahoo! było rewolucją, dzięki której usługa e-mail wyszła z uczelnianych kampusów. Pod koniec XX wieku wydawało się, że nic nie jest w stanie zachwiać pozycją giganta. Miał wtedy ofertę od Larrego Page’a i Siegieia Brina, aby kupić PageRank, ale… nie zrobił tego. Gdy kilka lat później przyszedł do twórców Google’a z kilkumilardową ofertą za spółkę – było już za późno.

To mocna lekcja dla wszystkich, którzy są na szczycie. Z perspektywy bieżącego sukcesu, łatwo przeoczyć zagrożenia. Sytego giganta wygryzły głodne wilczki. Dinozaury przegrały wojnę o ekosystem ze ssakami, które dużo szybciej się adoptowały do warunków. Lekcję Yahoo! na pewno odrobili ci, którzy dziś trzęsą internetem – Facebook i Google. Doskonale rozumieją, że opłaca im się przepłacić za dobry pomysł, zanim ten rozwinie się na tyle, by zachwiać pozycją dzisiejszych liderów. Nawet jeśli później zamkną usługi, w których posiadanie weszli.

Dziś media donoszą o końcu Yahoo! jakie znamy. Nie udało się uratować spółki. Firma telekomunikacyjna Verizon, która przejęła (a właściwie ciągle przejmuje) najważniejszą część Yahoo! (m.in. wyszukiwarkę, portal i serwis informacyjny) zapowiada, że marka będzie istnieć. Za to resztki firmy, którą było Yahoo! zmienią nazwę na Altaba.

Czy za dwadzieścia parę lat nazwy Facebook, Google czy Uber będą brzmiały równie egzotycznie jak dziś Gopher, IRC  lub Hotbot?

Facebook Comments

Czasem droga jest dłuższa. Ale nigdy nie jest za późno, by zacząć

To czarne kółko to ja. Mam 41 lat. Mark Zuckerberg, kiedy tworzył Facebooka, był o połowę młodszy. Czy zatem po 40-ce jest jeszcze sens tworzenie czegoś nowego?  Czy nie prościej odcinać kupony od lat doświadczeń? A może da się połączyć jedno i drugie?

Christian Dior stworzył swoją markę będąc w wieku, w którym teraz jestem. Tak samo Asa Candler – założyciel Coca-Coli. Kolumb właśnie zbierał się do wyprawy, w której odkrył Amerykę. Jerry Baldwin musiał jeszcze poczekać rok, zanim założył Starbucksa. A Samuel L. Jackson wciąż czekał na swoją wielką rolę. A ja? Opowiem Ci o kilku krokach, które musiałem zrobić, aby zmienić ścieżkę, którą szedłem przez kilkanaście lat.

 

Start. Zatracona  umiejętność

To był jedno z tych grudniowych popołudni, podczas których zmrok zapada o nieprzyzwoitej godzinie. Siedziałem od rana nad otwartym Wordem i przeżywałem twórcze męki. Zrobiło się ciemno, wiedziałem, co chcę napisać, a za cholerę nie umiałem tego ubrać w słowa. Grała we mnie mieszanka rozczarowania i złości. Kilkanaście lat wcześniej wzorowo zdałem maturę z polskiego w jednym z najlepszych warszawskich liceów, pisałem wtedy naprawdę nieźle. Ale półtorej dekady tworzenia ofert zabiło we mnie łatwość oddawania słowem tego, co naprawdę chcę powiedzieć. Spod klawiszy wychodziły potworki. Ustawiały się zdania, które nie oddawały tego, co myślałem.

Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić, to przyznać się przed samym sobą do tego, że zatraciłem umiejętność pisania. Jasno określić miejsce, w którym jestem. I to, do którego dążę. Jasne się dla mnie stało, że muszę się znowu rozpisać, nauczyć się na nowo opowiadać historie.

 

Krok nr 1

Zacząłem pisać bloga. A właściwie dwa. Jeden związany z pracą, drugi z moim hobby – muzyką. Oba istniały tylko dla mnie, nie promowałem ich, miały służyć tylko i wyłącznie poprawie techniki pisania. Szczególnie rozwijający był ten drugi, okazał się znacznie trudniejszy. Wymagał ode mnie znacznie więcej… otwarcia. Uświadomiłem sobie, że nie potrafię (jeszcze) pisać o emocjach. I choć dziś oba już nie istnieją, to były przepustką do czegoś większego.

 

Krok nr 2

Drugiego dnia istnienia serwisu natemat.pl zostałem jego blogerem. Dziś portal informacyjny, wtedy miał być w dużej mierze oparty o platformę blogową. Dzięki obecności na niej, mogłem sprawdzać, jak na moje treści reaguje „szeroka publiczność”. Na nowo uczyłem się tego, jak pisać, żeby zainteresować czytelnika. Miałem przestrzeń na błędy, ale i ogromne wzmocnienia, kiedy coś zrobiłem dobrze.

Nowe umiejętności dały mi przepustkę do założenia pierwszego własnego bloga, którego pokazałem światu. Dotyczył przede wszystkim biegania i strona, na której jesteś, jest zbudowane na jego bazie. Choć sam blog nigdy mi nie dał złotówki zysku, pozwolił zarobić pierwsze pieniądze na pisaniu. Był przepustką do pierwszych zleceń.

 

Krok nr 3

Tyle, ile mogłem, nauczyłem się sam. Ale wiedziałem, że dalszy rozwój wymaga ode mnie pracy w redakcji. Zobaczenia, jak to robią inni, szlifowania tego, co już wypracowałem. Z pokorą słuchałem czasem bardzo twardych informacji zwrotnych, podpatrywałem najlepszych. Zawodowo i finansowo zrobiłem krok w tył. Ale wiedziałem, że to tylko rozbieg przed skokiem.

Kiedy zacząłem już pisać na takim poziomie, który mnie zadawalał, pojawiło się radio. Nowe wyzwanie, nowy rodzaj narracji, nowa dynamika. Co to znaczyło dla mnie? Nauka, nauka, nauka.

 

Krok nr 4

Właśnie zacząłem ćwiczenia logopedyczne. Już nie tylko piszę, ale również…

 

Tak. W wieku 41 lat ruszam z czymś nowym. Dużym. Do czego przygotowywałem się kilka lat. Nigdy nie jest za późno. A kiedy zaczyna mi brakować motywacji, oglądam to:

Facebook Comments

Klub wyznawców porażki. Relacja z FuckUp Nights Warszawa

Kiedy w maju 2016 roku, sam stałem na scenie FuckUp Nights i opowiadałem o spółce, którą położyłem, poczułem ulgę. Zamknąłem w sobie pewien etap, traumatyczne doświadczenie, które wypierałem. A wpływało ono na moje dalsze kroki biznesowe. Zrozumiałem to dopiero podczas FuckUp Nights, bo wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy. Przeszedłem swoiste katharsis i poczułem, że znowu jestem gotów, by mierzyć się z nowymi wyzwaniami.

 

Nowe wyzwanie przyszło pół roku później. Od Jarka Łojewskiego dostałem propozycję, żeby przejąć  organizację FuckUp Nights w Warszawie. Nie zastanawiałem się zbyt długo, wykupiłem licencję i zostałem organizatorem. Dlaczego? Bo w świecie, który wymaga nieustannego chwalenia się sukcesami, rzeczowe mówienie o tym, co nie wyszło, nabiera wyjątkowej wartości.

 

1 grudnia 2016 w Warszawie nie był specjalnie przyjaznym dniem. Nagłe, obfite opady śniegu sprawiły, że na mieście powstały gigantyczne korki. Kiedy kilka godzin przed moim pierwszym FuckUp Nights w roli organizatora czekałem w udostępnionej nam sali Business Linku na Stadionie Narodowym, byłem pełen obaw. Czy dotrą uczestnicy? Ale przede wszystkim, czy dotrą prelegenci. Choć wraz ze współorganizatorkami z Machiny Rozwoju wiedzieliśmy, że na event zapisało się ponad 200 osób, to jednak pewna obawa została. Zazwyczaj przychodzi maksymalnie 1/3 zapisanych. Jeśli uwzględnimy czynnik pogodowy, gotowi byliśmy na nasz pierwszy FuckUp – frekwencyjny.

 

Ale już przed 19.00 na sali zaczęło się robić gęsto. We foyer trwały dyskusje, a windy dowoziły kolejne grupy gości. Kiedy swoje wystąpienie zaczął Jacek Kastelaniec, współtwórca Fundacji Auschwitz-Birkenau, mieliśmy już frekwencyjny rekord. Ponad 80 osób mogło wysłuchać jego historii o fund-raisingu i tym jak dotarł do otoczenia Stevena Spielberga. Choć zebrał 6 milionów euro, nie udało się zdobyć kolejnych 12-tu, które zakładał w swoim biznes planie.

Po krótkiej przerwie nadszedł czas na wystąpienie Tomasza Rudnika. Opowiadał, jak kolejne drobne porażki popychały go ku temu, aby tworzyć coraz lepszy produkt. W jego wypowiedzi ogromne wrażenie zrobiła świadomość i głęboka analiza kolejnych kroków.

 

Gwiazdami wieczoru byli jednak Piotr Bronowicz i Tomasz Lis – współtwórcy grono.net. Choć dziś już portal nie istnieje, to w swoim czasie był największym polskim serwisem społecznościowym. Stworzony w domowym zaciszu przez grupę przyjaciół, odniósł niesamowity sukces. O jego skali najlepiej świadczy to, że na Allegro kwitł handel zaproszeniami na grono. Piotr i Tomasz, po raz pierwszy po kilkunastu latach od powstania serwisu, opowiedzieli o kulisach upadku i ich odejścia z projektu. Do tej pory udzielali jedynie wywiadów. Tym razem każdy z ponad 110 uczestników FuckUp Nights mógł im zadać pytanie.

 

Ponad 110 osób w zimowy wieczór słuchało o porażkach. Ludzie siedzieli na krzesłach, pufach, ławkach, podłodze, stali w drzwiach. Młodzi i starsi. Kobiety i mężczyźni. Z wypiekami na twarzach słuchali jak innym się NIE udało. Starali się wyciągnąć wnioski z cudzych porażek. Czy kolejny rekord frekwencji padnie 19 stycznia 2017 roku? Już dziś szykujcie się na to wydarzenie.

Fot. Alicja Gniewek

Facebook Comments

Jaka minister, taka reforma edukacji. Broszura MEN pokazuje, że cała likwidacja gimnazjów jest robiona „na chybcika”

edukDo końca roku szkolnego niewiele ponad 7 miesięcy, a ja właśnie dostałem od pani Anny Zalewskiej, Minister Edukacji Narodowej, 40-stronnicową broszurę dotyczącą reformy edukacji. Problem dotyczy mnie osobiście. To na moim starszym synu będzie testowana zmiana sygnowana hasłem „Dobra Szkoła”. Przeczytałem dokładnie, to co minister napisała do mnie i innych rodziców. Jakie emocje wywołuje we mnie ten list? Złość? Rozczarowanie? Nie… raczej zacytuję Grzegorza Halamę: „ja wiedziałem, że tak będzie”.

 

Gdybym miał podsumować, co wynika z lektury ministerialnego wydawnictwa, to na pierwszy plan przebija nieprzygotowanie i myślenie życzeniowe. Broszura, jest zatem idealną metaforą programu zmian w edukacji. Złożona jest byle jak, z byle jaką korektą (błędy interpunkcyjne!). Widać, że, podobnie jak cała reforma, była robiona w pośpiechu.

Można długo pastwić się nad formą wydawnictwa, ale ważniejsze jest to, o czym mówi. Broszura zawiera zestaw słabych argumentów, chwytów retorycznych i pobożnych (nomen omen) życzeń. Poniżej wybrałem zaledwie kilka zdań, które idealnie ilustrują, o czym mowa. Kursywą oznaczyłem cytaty z broszury. Wszystkie podkreślenia w cytatach pochodzą od autora.

 

Przygotowywane zmiany w edukacji są odpowiedzią na oczekiwania szerokiego środowiska, które chce szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji.

„Szerokie środowiska” miały oczekiwania. Należy więc je spełnić. Najlepiej „tu i teraz”.

 

Przedsiębiorcy postulują, by dostosować je do realnych potrzeb gospodarki. Tu i teraz.

Ten krótki równoważnik zdania więcej mówi o sposobie myślenia nad reformą edukacji, niż na początku się wydaje. Oczekiwania należy rozwiązać „tu i teraz”. To implikuje pośpiech. Brak realnego planu widać choćby w harmonogramie wprowadzania prac. Jest druga połowa listopada. De facto, nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądał rok szkolny 2017/2018. Ustawa jest w Sejmie. Każdego dnia jesteśmy bliżej spektakularnej klapy, a co najmniej wielkiego chaosu.

Deklarowanie, że istniejący problem edukacji da się rozwiązać „tu i teraz” jest klasycznym przykładem myślenia życzeniowego. Zaprzeczeniem tego, że edukacja jest procesem. Wystarczy zadekretować. Jeden dokument rozwiąże wszystkie bolączki.

  

Wprowadzona w 1999 roku struktura szkół nie zdała egzaminu. Gimnazja się nie sprawdziły, nie wyrównały szans edukacyjnych.

Jeśli fakty nie zgadzają się ze zdaniem „szerokich środowisk”, tym gorzej dla faktów. Wyniki międzynarodowych egzaminów PISA nie mają znaczenia. Przegrywają z tym, co twierdzi ministerstwo. Ideologia vs fakty 1:0.

 

Nie sprawdziła się również nauka w starszych klasach w ramach przedmiotów zintegrowanych. Skutkiem było nieuporządkowanie faktów i chronologii w nauczaniu poszczególnych.

Ministerstwo w swojej broszurze zapowiada więc powrót do klasycznego, twardego podziału na przedmioty. W tym samym czasie, możemy przeczytać, że Finlandia całkowicie odchodzi od takiego podejścia. Ale co oni mogą wiedzieć? To, że mają najlepszy system edukacji na świecie przecież o niczym nie świadczy. Poza tym nie jest on „zakorzeniony w naszej tradycji”.

 

Obecnie w Ministerstwie Edukacji Narodowej trwają prace nad podstawą programową. Pierwsze propozycje zmian w podstawie programowej będą przedstawione do końca listopada br. Opracowane podstawy programowe pozwolą wydawcom na przygotowanie nowych podręczników do klas, które zostaną objęte zmianami programowymi w roku szkolnym 2017/2018 i kolejnych latach.

Pierwsze (sic!) propozycje (sic!!) zmian w podstawie programowej pojawią się siedem miesięcy przed końcem roku szkolnego. Jeśli uwzględnimy czas na poprawki, procedury ministerialne, damy autorom czas na napisanie podręczników czy zeszytów ćwiczeń. Potem dochodzi redakcja, skład, wydruk, wybór odpowiedniego przez nauczyciela… Wbrew pozorom czasu jest bardzo mało. A jego deficyt, jak znam życie, odbija się zawsze na jakości. Bo, chyba nie odkurzymy książek do siódmej klasy, z których uczyły się przedgimnazjalne roczniki?

 

Uczniowie w szkołach mają uczyć się kreatywności, a także postaw przedsiębiorczości sprzyjających aktywnemu uczestnictwu w życiu gospodarczym.

Kolejne zdanie, które jest kwintesencją życzeniowości i chaosu. Nie wiem, czy chodzi o podstawy (których można się nauczyć), czy o postawy, które można raczej wypracować lub nabyć. Ale przynajmniej w tym momencie widać spójność w programie ministerstwa. Przetrwanie chaosu reformy będzie wymagało ogromnej kreatywności.

Facebook Comments

Pacz, kufa, Uber! Taksówkarze spod Victorii wyjaśnili dlaczego są gatunkiem skazanym na wymarcie

(c) YoutubeNa widok „cywilnego” samochodu podjeżdżającego pod hotel, zrobiło się poruszenie. Kilku jegomości, w wieku więcej niż średnim, przerwało letarg czekania na klienta i poderwało się zobaczyć, czy to Uber. Wiadomo było, że w takim miejscu nie dojdzie do rękoczynów, ale możliwość spotkania znienawidzonego konkurenta poderwała sennych taksiarzy. Ku ich lekkiemu rozczarowaniu, okazało się jednak, że to nie był Uber. Wrócili do palenia papierosów, złorzecząc. I wtedy zrozumiałem, dlaczego są gatunkiem skazanym na wymarcie.

 

Kiedy w określonym miejscu i określonym czasie, spotka się kilka pasujących do siebie elementów, zaczynamy dostrzegać całość. Ja doznałem takiego olśnienia obserwując taksówkarzy pod Victorią. Choć obecnie hotel nazywa się Sofitel, dla mnie będzie zawsze Victorią. W czasach, kiedy tak się nazywał, niósł niezwykłą obietnicę wyjątkowego luksusu i nowoczesności. Nie był tak „przedwojennie ekskluzywny” jak Bristol. Victoria niosła wyobrażenie życia, do którego aspirowali Polacy. Nie jest przypadkiem, że bohater „Misia” Stanisława Bareji podjeżdża dokładnie pod ten hotel taksówką, wchodzi do środka, a potem tylnym wyjściem wymyka się do baru mlecznego.

I właśnie to zestawienie trzech elementów: Hotel Victoria, wspomnienie PRL-u i taksówkarze psioczący na Ubera, złożyło się na klarowny obraz, który ujrzałem. Stojący na postoju, choć mają już nowoczesne samochody, mentalnie zostali w Polsce Ludowej. Wciąż nie mogą się pogodzić z utratą pozycji „królów życia” spod hotelu Victoria.

 

To nie jest tak, że jestem fanem Ubera. Korzystałem z niego zaledwie kilka razy, i oczywiście byłem zadowolony, że płacę mniej niż za zwykłą taryfę. Na przykład z obwodnicy Trójmiasta pod Molo w Brzeźnie przejechałem w środku nocy za 30zł. Ale to nie o cena robi różnicę. Wiem też doskonale, że model działania tego typu biznesu, długofalowo prowadzi do zmiany reguł rynkowych. Często też działa wykorzystując brak regulacji prawnych. Osobną kwestią jest oczywiście kwestia podatków. Ale…

 

Ale największa rewolucja jakiej dokonały wszelkiej maści Ubery, Airbnb i BlaBlaCary, to nacisk na satysfakcję klienta. Korzystałem z każdej z tych aplikacji i za każdym razem, osoba, która świadczyła usługę, była gotowa przychylić mi nieba. Byle tylko dostać maksymalną ocenę. Ci ludzie doskonale wiedzieli, jak ważne jest moje zadowolenie jako klienta. Walka, jest walką o jakość usługi, a nie walką z kimś.

 

W wakacje pod dworcem w Łodzi bohatersko zatrzymali samochód, którym mąż odwiózł swoją żonę na pociąg. Bo wydawało im się, że to Uber. Co i rusz chwalą się zniszczeniem samochodów jeżdżących dla znienawidzonego przewoźnika. Szkoda, że nie wkładają tyle samo wysiłku w poprawę jakości swoich usług. Na pomysł oceniania jakości ich usług reagują alergicznie.

Kilkanaście lat temu szkoliłem pracowników stacji benzynowych. Pośród setek normalnych, fajnych ludzi, trafiło mi się dwóch gagatków, których pamiętam do dziś. Pracowali na swoim CPN-ie jeszcze za komuny. Z nostalgią wspominali, jakimi to wtedy byli paniskami i każdy musiał się z nimi liczyć. Otwarcie i wulgarnie narzekali na zmiany, które nastąpiły, na to, że konkurencja wymusiła rewolucję na ich stacji. Ale na sugestię, że mogą pójść pracować do innego koncernu syknęli oburzeni, że tam jest jeszcze gorzej. Bo tam naprawdę ktoś wymaga uśmiechania się do klienta. A oni nie są małpami.

 

Epilog? Czasem zatrzymuję się na tej stacji, jest przy trasie, którą często jeżdżę w Polskę. Gagatków od dawna nie ma. Jest za to normalnie. Zza lady uśmiechają się do mnie młodzi ludzie, którzy „Misia” oglądają tak samo jak „Latający Cyrk Monty Pythona”. Do głowy im nie przychodzi, że twórczość Barei, to humor sytuacyjny, a nie pełna abstrakcja.

Facebook Comments

3 ważne rzeczy, których nauczyła mnie minimalistyczna fotografia

Minimalistyczne linie energetyczne

Zrozumiałem to, kiedy zacząłem znowu robić zdjęcia. Żeby pokazać, to co chcę, muszę ograniczyć wszystko, co przeszkadza. Usunąć z kadru każdy rozpraszający element. Szum, który odciąga uwagę. Kiedy to zrozumiałem, zacząłem dostrzegać znacznie więcej. I jak się okazało, nie tylko w kadrach. Bo to metafora, którą można odnieść do wszystkich codziennych czynności. Robienie zdjęć jest dla mnie lekcją filozofii.

 

Mniej znaczy więcej. Tę lekcję odrabiam już od kilku lat. Przedmioty nie czynią nas szczęśliwymi. Przez ich nadmiar, tak jak w kompozycji fotograficznej, nie dostrzegamy tego, co najważniejsze. Gubimy się w ich liczbie i nie potrafimy cieszyć się tym co mamy. Z mojej szafy wyrzuciłem wszystko co zbędne. Zamiast na 250 metrach kwadratowych – żyję na 16-tu i mam naprawdę dużo przestrzeni. Prawie połowa półek w moim pokoju jest pusta. Ograniczyłem rozpraszacze, na pierwszy plan dzięki temu wyszły rzeczy najistotniejsze.

 

Uważność. Najlepsze ujęcia przychodzą same. Trzeba się tylko na nie otworzyć. Podnieść głowę znad smartfona i szukać. Tak samo w życiu. Najlepsze rzeczy są na wyciągnięcie ręki. Trzeba umieć je dostrzec. Tak samo w życiu, w pracy. Jest mnóstwo możliwości, ale trzeba podnieść głowę znad biurka. Odważyć się spojrzeć. I mieć odwagę, by czasem wyjść z tramwaju, z którym jedziemy, by złapać to, co do nas przyszło. Żeby to dostrzec, trzeba być „tu i teraz”.

 

Cierpliwość i pokora. Zrobienie ujęcia wymaga czasem wyczekania na odpowiednie światło. Wymaga wielu powtórzeń, by znaleźć to najlepsze. Ale zawsze można się spytać: czy nie można było tego zrobić lepiej? Nie szukam perfekcji, ważniejsze są dla mnie emocje, prawda miejsca i chwili. Tak jest idealnie. Jako ludzie stawiamy sobie wyśrubowane wymagania. Chcemy być perfekcyjni, choć jesteśmy idealni w naszej niedoskonałości.

Trzy zdjęcia z centrum Warszawy

W robieniu zdjęć jestem na początku drogi. Co więcej, nie mam ambicji, żeby zostać fotografem. Dużo ważniejsze jest dla mnie doświadczanie chwil, które dzięki temu przychodzą. Odnalezienie prawdy, która stoi za tymi miejscami.

Facebook Comments

Żegnaj INN:Poland, witaj nowe

Witaj noweTo był dla mnie bardzo ważny czas. Przez ponad rok współtworzyłem wyjątkowy projekt w polskich mediach. INN:Poland w tym czasie podwoił liczbę unikalnych użytkowników i przekroczył barierę miliona UU. Cieszę się, że miałem w tym swój udział. Ale nadszedł moment, w którym podjąłem decyzję, że pora iść swoją drogą.

 

Przez ponad rok pracowałem niezwykle ciężko. Momentami czułem się jak Andrew Neiman – bohater filmu Whiplash. Ale w miejscu, w którym byłem życiowo, potrzebowałem właśnie takiego rytmu. Dzięki temu, że nie odpuszczaliśmy udało mi się dotrzeć do tego, co mieli do powiedzenia m.in. tacy ludzie jak szef Green Caffee Nero – Adam Ringer, psycholog Jacek Santorski, czy psychoterapeuta Robert Rutkowski. To wielkie szczęście móc spotkać na swojej drodze tak mądrych ludzi.

 

Przez ten czas w INN:Poland spotkałem setki wspaniałych ludzi. Zarówno wewnątrz grupy naTemat, jak i wśród osób, które poznałem wykonując moją pracę. Codziennie szeroko rozdziawiałem z zachwytu usta, słysząc Wasze historie. Kilka razy, ja ponad 40-letni facet, uroniłem łzę. Dziękuję Wam wszystkim!

 

Co dalej? Doświadczenia, które zebrałem przez ten czas, są paliwem dla moich kolejnych projektów. Na pewno bardziej skupię się na szkoleniach. Robiłem je przez prawie 20 lat, a teraz zyskałem nowe, świeże doświadczenia. Będzie mnie można również zobaczyć i usłyszeć na większej scenie podczas wykładów motywacyjnych. No i będę organizował… Oficjalna informacja już wkrótce, ale rezerwujcie sobie czas 1-go grudnia 2016 roku.

 

Na pewno będę pisał. Nie odchodzę do innego medium, moje teksty znajdziecie na pewno na tym blogu, choć pewnie będą się pojawiały też w innych miejscach – np. w naTemat.pl. Będzie można mnie znowu usłyszeć w radiu Medium Publiczne. Biorę się też wreszcie za książkę, do której musiałem dojrzeć. A przede wszystkim poprawić mój warsztat ;).

 

Gdzie mnie szukać? Znajomych zapraszam do kontaktu przez prywatne konto na Facebooku. Zachęcam też do polubienia fanpage’a. Zdjęcia będę wrzucał na Instagrama, ale nie ukrywam, że to medium bardziej prywatne, niż zawodowe. Czasem puszczę jakiś złośliwy komentarz na Twitterze. Można też wysłać maila. A nawet zadzwonić.

 

Koniec jest początkiem. Będziemy w kontakcie!

Facebook Comments